szczypta szaleństwa

O życiówkach, które muszą zaczekać...

bieganie rekordy musza poczekacJakiś czas temu kiedy już udało mi się w "cudowny sposób" uzdrowić moją szwankującą 8 miesięcy stopę zaczęłąm sobie rozpisywać PLAN. Plan treningowy rzecz jasna. Celem miał być "jakiś półmaraton jesienią". Dlaczego akurat "połówka"? Bo bardzo lubię ten dystans, nieźle mi wychodzi i czuję, że mam jeszcze zapas mocy uśpiony gdzieś w sobie. Kłopot w tym, że plan z założeniem na "jakiś" bieg od razu jest kiepskim planem. Od tygodni nie mogłam się zdecydować na konkretny start, bo albo nie pasował mi termin albo lokalizacja albo jedno i drugie. Przede wszystkim jednak wszystko wskazuje na to, że nie pasowała mi sama koncepcja startu w półmaratonie tej jesieni... Życiówki będą musiały zaczekać!

To nie tak, że nie mam ambicji sięgnąć po lepszy czas na dychę czy w półmaratonie. Jeszcze chyba mam (przynajmniej w tym półmaratonie, bo jeszcze mogę coś poprawić i ja to wiem). Niedawno doszło jednak do mnie, że nie planuję walczyć już o rekordy w tym roku.Wszystko wskazuje na to, że potrzebuję trochę dłużej odpocząć od bicia rekordów - w końcu przez dwa lata z rzędu robiłam życiówki na wszystkich "asfaltowych" dystansach. Ileż można non stop ciężko pracować na treningach by piąć się do góry z wynikami? Czasami trzeba odetchnąć - to po pierwsze. Po drugie... jakoś tak wyszło, że zamiast zapisywać się na biegi "asfaltowe" jesienią mój kalendarz ni stąd nie zowąd znów wypełniły... górskie eskapady. To jest silniejsze niż wszelkie plany treningowe (notabene jeśli nawet jakis czas temu miałam zanotowany jakiś plan na jesień to zdecydowanie wzięło go w łeb:) i ani trochę nad tym nie płaczę:). Marzą mi się jeszcze górskie widoki i żadna perspektywa pochwalenia się nową życiówką nie wydaje mi się bardziej atrakcyjna niż możliwość "pobycia" w miejscach z widokiem na doliny... Po prostu.

Ciągnie mnie w góry, tam gdzie wysiłek fizyczny prowadzi mnie na szczyty, z których roztaczają się piękne widoki; tam, gdzie powietrze pachnie naturą, a zbyt długie przyglądanie się pejzażom może skończyć się potknięciem o skałę, korzeń czy kamień i bolesnym upadkiem. Ciągnie mnie na szlaki wijące się kilometrami w dolinach,  zboczach i na szczytach. Mimo, że w biegach długodystansowych na asfalcie radzę sobie o wiele lepiej - jeśli brać pod uwagę wyniki, od dwóch lat to właśnie biegi górskie dają mi najwięcej frajdy. Ostatnio spotykam się z pytaniami czy planuję pobiec szybciej dychę, piątkę czy półmaraton, nieraz spotykam się ze stwierdzeniem, że w moim wieku to spokojnie jeszcze mogę pobijać rekordy na asfalcie i kilka razy usłyszałam już, że bieganie ultra w terenie zdecydowanie spowalnia... Taaak... Oczywiście jest tu sporo racji, ale jeśli chodzi o pasję i uczucie szczęścia to racjonalizm na niewiele się zdaje:) Na życiówki przyjdzie pora. Lubię się rozwijać i czerpać radość z kolejnych osiągnięć. Dlatego pewnie będę znowu próbować coś poprawić - ale bardziej prawdopodobne, że pomyślę o tym na wiosnę:) Jeszcze nie mam planu. Póki co jest tylko stos rozsypanych myśli, że może fajnie by było mieć ambitny cel na zimę. Bo mam nadzieję, że w tym sezonie uda mi się zimę przebiegać i przepracować.

A przy okazji jeszcze jedna myśl... umówmy się - czym jest życiówka dla amatora? Powodem do satysfakcji -  na pewno, radością - pewnie, że tak. Jednak tak naprawdę to czy biegam np. półmaraton w 1h 33 minuty czy miałabym go biegać w 1h 29 min nie ma praktycznie żadnego znaczenia. Bieganie ma dawać RADOŚĆ. Jeśli życiówki tą radość sprawiają - świetnie - walczmy o nie! Ale jeśli macie gdzieś cyfry widoczne na zegarku i co innego sprawia, że uśmiech sam ciśnie się na usta - nie ma sensu się do nieczego zmuszać. Więc się nie zmuszam. Trenuję jak mam chęć; biegam tak, jak mam ochotę* - bez planu i bez wytycznych - poza jedną - by mieć z tego cholerną frajdę! Żyje się tylko raz...

*PS. Jestem kobietą i zawsze mogę zmienić zdanie gdzieś po drodze;)

 



Komentarze ()