szczypta szaleństwa

Dlaczego nie lubię wiosny.

wiosnaWszyscy dookoła kochają wiosnę. W radio w kółko trąbią o tym jak to już mamy ciepło (a jak ochłodzenie to tylko chwilowe), w sklepach piętrzą się tony brykietów, karkówki i inne grilowe "przysmaki", wszystkie czasopisma w kioskach namawiają, żeby schudnąć, a sąsiad w windzie zaczyna rozmowę od tego jak to jest już wreszcie przyjemnie. A g...prawda chciałoby mi się powiedzieć, ale z grzeczności kiwam potakująco głową... Scena jak z film,u a to tylko życie:) Ponieważ ostatnio pisałam jak nie lubię narzekania to dziś sama ponarzekam - tak dla równowagi. I powiem wam dlaczego wkurza mnie cała ta wiosna i wcale nie uważam kwietnia i maja za najpiękniejsze miesiące w roku. Gotowi?

Przede wszystkim (i tego nie lubię najbardziej) mam alergię na wszystko co pyli.

Kto cierpi na tą samą dolegliwość wie doskonale jak bardzo potrafi ona uprzykrzyć życie nawet najbardziej optymistycznej osobie. Katar, kichanie i smarkanie to tylko wierzchołek góry lodowej. Można z tym żyć. Ale to samopoczucie! I to właśnie w te dni kiedy wszyscy wokół zachwycają się ciepłem i "delikatnym wiaterkiem". A bleeee! Niewidoczne świństwo wchodzi w oczy, zatrzymuje się na urbaniu i na włosach (i trzeba je myć codziennie wieczorem, żeby nie obudzić się z zapuchniętymi powiekami). Kto biega (lub uprawia inny sport wytrztymałościowy na świeżym powietrzu) a przy tym ma alergię ten wie ile to cholerstwo zabiera z wydolności. Za 3 tygodnie mam Bieg Rzeźnika, a wychodząc na kilku-kilometrowy trening czuję się jak na końcówce maratonu! I jak tu zachować silną głowę, pewność siebie i poczucie, że jednak nie jest się zupełnie pozbawionym kondycji????

Po drugie na wiosnę parkowe alejki zapełniają się ludźmi.

Fantastycznie, że wszyscy tak chcą zadbać o zdrowie spędzając czas na świeżym powietrzu (po wielu miesiącach kiszenia się przed telewizorami), ale ludzie - nie jesteście w tym parku sami. I jeśli raptem wyrasta przede mną kilka pań w rozamiarze XXXL, które przemieszczają się powłóczystym krokiem jedna obok drugiej przez szerokość całej ścieżki to, z całym szacunkiem, wkurza mnie to. Niech sobie ludzie noszą taki rozmiar ciuchów, w którym czują się dobrze, ale jeśli widzą, że nadbiegam to niech się usuną na bok a nie tylko zatrzymują na środku i patrzą! Mam takie samo prawo zajmować ścieżkę jak wszyscy inni (dobra nie będę się już wykłócać, że może  większe, bo przecież to "mój park, w którym biegam przez okrągły rok;)) Kończąc temat - nie dość, że duszą mnie pyłki to jeszcze trzeba biegać slalomem!!!

Po trzecie na wiosnę w parku jest więcej psów.

Kocham czworonogi. Naprawdę. Kiedy się urodziłam w domu już był pies, którego zawsze traktowaliśmy jak pełnoprawnego członka rodziny. A jednak - kiedy biegnę naprawdę nie mam ochoty żeby jakikolwiek kudłaty towarzysz leciał w moją stronę szczekając, szrzerząc zęby lub skacząc. Po prostu tego nie lubię. Być może dlatego, że kilka lat temu jeden taki psiak zatopił zęby w mojej łydce i wydarł z niej kawałek mięśnia. Bliznę mam do dzisiaj i pamiętam! Ludzie - trzymajcie psy na smyczy w miejscach publicznych!

 Po czwarte - ludzie śmierdzą.

Przepraszam - wiem, damy tak nie mówią, ale mamy XXI wiek, bieżącą wodę chyba w każdym miejskim domu, a mydło naprawdę nie kosztuje majątku. Tymczasem zawsze na wiosnę odnotowuję to samo - ludzie się nie myją. To nie wymaga dalszego komentarza - nie lubię i już.

Po piąte - pogoda zmienia się szybciej niż kobiecy nastrój.

Nie mam zwyczaju przesadnie narzekać na pogodę. Ot, jest jaka jest - i tak każda jest dobra na trening, a jak nie jest "dobra" to tłumaczę sobie, że jest, bo trening i tak musi się zrobić:) Ale wiosna? Rano ziąb jak niewiadomo co, w południe upał taki, że nie idzie wytrzymać w samochodzie zanim nie zadziała klimatyzacja, a po południu w ciagu zaledwie kilku minut potrafi się zrobić kolejne "zlodowacenie", wiatr chce urwać łeb, a hektolitry wody wylewają się z majtek. Szczerze - nie przepadam za wiosenną pogodą!

 

Pewnie na upartego znalazłabym jeszcze kilka rzeczy, za którymi nie szaleję wiosną. Ale ponieważ zawsze wolę szukać tego, co pozytywne to już sobie daruję. Mimo pyłków, które prawie mnie udusiły, udało mi się wczoraj zrobić całkiem solidny trening szybkości. To w ramach osobistego projektu "szybkość" już na jesień:) Póki co pracuję nad tym raz w tygodniu, ale po Biegu Rzeźnika zrobię z szybkości priorytet. Dlaczego? Bo marzy mi się przekroczenie kolejnej granicy niemożliwego... Dziś rano wzmacniałam siłę mięśni i... głowę. Bo na 80km w górach to głowa jest najważniejsza. Ale o tym już było:)



Komentarze ()