Mallorca

Jak przebiec 120 kilometrów? Ultraroztocze 2017.

Ultraroztocze. Nowy bieg w kalendarzu zlokalizowany na malowniczym (tak słyszałam) Roztoczu. Kiedy się o nim dowiedziałam od razu pomyślałam, że może fajnie by było zwiedzić te okolice w biegu. Do wyboru było kilka dystansów – 30, 60, 80, 115 i 140 kilometrów. Nie myśląc zbyt długo zapisałam się na 115. Dlaczego? Bo jeszcze nigdy tyle nie przebiegłam. A 140 to jednak trochę za dużo…

Miało być 115km. Przy odbieraniu pakietu startowego dowiedziałam się, że organizator radośnie wydłużył trasę wszystkich dystansów o kilka kilometrów.  W końcu jaka to różnica czy poleci się 115, 118 czy 122 ha ha.

Nastrój dzień przed startem miałam bardzo wyluzowany. Wiedziałam że nie jestem dobrze przygotowana do tego biegu bo w tym roku nie trenowałam. Moje bieganie (z wyjątkiem pierwszego tygodnia w maju) ograniczało się do maksymalnie 40 km tygodniowo rozłożonych na 3 lub 4 treningi.  Średni to trening do biegu ultra. Zdawałam sobie z tego sprawę. Wystartowałam tylko dlatego że liczyłam na "pamięć mięśniową". Mam w nogach wiele wybieganych kilometrów, wiele godzin na siłowni i miałam po prostu nadzieję że jakimś cudem te wszystkie sportowe doświadczenia z przeszłości wrócą do mnie i pomogą zmierzyć się z tym wyzwaniem. Ultra biega się głową. Chciałam ją sprawdzić i upewnić się, że moja determinacja i silna wola, które doprowadziły mnie do niejednej już mety nadal mają się dobrze.

20170520 080329

Przed startem

Dystans 115 kilometrów okazał się najbardziej niszową konkurencją całej imprezy „Ultraroztocze” co tylko spotęgowało mój stres pt. „a co jak zostanę na trasie sama w nocy w ciemnym lesie?”  Mówcie co chcecie, ale naprawdę tego właśnie bałam się najbardziej mimo, że nie należę do osób wyjątkowo strachliwych.

Autobus, który miał zawieść na start w Józefowie naszą niewielką grupkę spóźnił się bagatela o 45 minut. Nikt się jednak przesadnie tym nie stresował – siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Taka przyjazna atmosfera jakiej można doświadczyć tylko na tego typu imprezach.

Ruszyliśmy o 8:07. Powiem wam, że perspektywa ponad 100 kilometrów do przebiegnięcia daje bardzo dziwne odczucia. Z jednej strony wydaje się to nieosiągalne, z drugiej budzi ciekawość…

20170520 103204

Na całej trasie organizator zapewnił atrakcje w postaci zabawnych komentarzy na oznaczenaich ;)

Trasa biegu okazała się trudniejsza niż się spodziewałam. Mnóstwo piaszczystych dróg, gdzie grunt dosłownie uciekał spod nóg sprawiając, że bieg stawał się prawdziwym wyzwaniem. Sporo wzniesień przypominających bardziej góry niż płaskie tereny… Momentami trasa prowadziła przez pola gdzie słońce prażyło niemiłosiernie (akurat trafiliśmy na „okno pogodowe” w postaci upału), często przez las gdzie trzeba było uważać pod nogi, żeby nie potknąć się o korzenie i inne niespodzianki. Łatwo nie było. Już przed pierwszym punktem odżywczym około 30 kilometra czułam, że „nogi odpadają mi z bólu”. I jak mam przebiec jeszcze 4 razy tyle??? Przez moment zwątpiłam i nawet przez myśl mi przemknęło, że zejdę z trasy…

20170520 120847

Tutaj popłakałam się z bezsilności i zwątpienia. Pierwszy i ostatni raz!

Po 33 kilometrze kiedy powiedziałam nowemu znajomemu, z którym biegłam, żeby leciał swym tempem, bo ja nie daję rady i kiedy zostałam zupełnie sama w środku „niczego” dopadło mnie jeszcze większe zwątpienie. „Nie dam rady”, „nie dam rady”, „jestem słaba”… Do tego nagle jak lawina spadły na mnie myśli i wszystkie problemy, z którymi mam aktualnie do czynienia… Spojrzałam w niebo. I na pole. Wyciągnęłam z plecaka banana, którego roztropnie zabrałam z punktu na trzydziestym kilometrze. Połowę rozsądnie zostawiłam na później na „czarną godzinę”, odetchnęłam głęboko i ruszyłam przed siebie. Kryzysy zawsze mijają. Na biegu i w życiu.

20170520 122905

Na całej trasie było mnóstwo piasku, który utrudniał bieg.

Po którymś z kolei kilometrze w człowieku zmienia się wszystko. Problemy przestają zaprzątać głowę, stają się niewidziane i z tej perspektywy zupełnie nieistotne. Na pierwszy plan wysuwają się bowiem zwykłe pierwotne potrzeby. Pragnienie,  które musisz ugasić w pierwszej kolejności, bo od tego zależy to czy będziesz mieć siłę pokonywać kolejne kilometry (podliczyłam później, że podczas tego biegu wypiłam około 11 litrów płynów) Dostarczenie energii - bo nie chodzi tu o jedzenie. Skrajnie zmęczony człowiek nie jest wcale taki głodny. Przynajmniej ja nie jestem. Czuję po prostu brak energii. Masz apetyt czy nie – wiesz, że musisz coś zjeść, bo bez tego szansa, że odetnie ci prąd za kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów jest ogromna. Od tego zależy czy przetrwasz, czy prosta zwykła rzecz cię wyeliminuje i zostawi bez sił na "poboczu".

Bieg miarowym tempem - prawa, lewa, prawa... nie myślleć za dużo, nie zastanawiać się "ile jeszcze zostało", po prostu biec przed siebie dzieląc trasę na małe odcinki. Do następnej tabliczki z oznaczeniem trasy. Do punktu żywieniowego. Po prostu przed siebie!

20170520 173332

Czasem było nawet "lekko i przyjemnie" :)

Niedługo po moim największym kryzysie z około 33 kilometra spotkałam na trasie Pawła (przedstawiliśmy się sobie sporo później znając już sporą część swoich życiorysów:)). Zdecydowaliśmy się biec razem. Noga za nogą. Krok za krokiem. Powoli do przodu.

Co jakiś czas zatrzymywałam się na chwilę żeby rozciągnąć zmęczone do granic możliwości mięśnie. Kolejny raz dopadła mnie myśl, że organizm człowieka jest absolutnie fenomenalny – już ci się wydaje że nie dasz rady postawić kroku więcej a potem… potem okazuje się, że możesz biec jeszcze kilkadziesiąt kilometrów!

Nie obyło się bez przygód. W okolicach 43 kilometra zmyliły nas tasiemki i zgubiliśmy drogę. Straciliśmy około 20 minut na poszukiwaniach i  nadrobiliśmy pewnie z 2 kilometry. Co to jest na cały taki dystans... Tak - dystans zmienia perspektywę i sprawia, że człowiek zupełnie inaczej patrzy na wiele rzeczy :) Na przykład na rosół. Wiecie, że nie lubię rosołu? Taka zupa "z niczego"... A jednak - rosół z małego plastikowego kubeczka z rozgotowanym makaronem na drugim punkcie żywieniowym (koło 60 kilometra) smakował absolutnie fenomenalnie! Barszczyk na 89 kilometrze również :)

Na punktach chwila odpoczynku. Rozciąganie. I biegniemy dalej... Dwa razy na trasie z wielką radością dorwaliśmy sklep. Szybki przystanek na... lody dodał trochę energii -  fizycznej w postaci cukru i energii w głowie. 

20170520 174257

Około 70 kilometra zatrzymaliśmy się w sklepie na lody. Na chuśtawce :)

Po punkcie żywieniowym w Szczebrzeszynie około 89 kilometra trasy (gdzie koniecznie musiałam sfotografować się ze słynnym chrząszczem;)) dopadła nas ciemność. Przed nami zostało ponad 30 kilometrów. Ból był prawie nie do zniesienia. Biegliśmy i maszerowaliśmy przez las i przez pola, gdzie nad głowami świeciły nam gwiazdy. Było mi zimno i na tym etapie kilometry dłużyły się w nieskończoność, ale wiedziałam już na pewno, że dam radę niezależnie od wszystkiego.

20170520 204140

Musiałam się sfotografować ze słynnym chrząszczem szczebrzeszyńskim. 89 kilometr :)

Najtrudniejsza część trasy kilkanascie kilometrów przed metą okazała się przedzieraniem przez wąwóz między zwalonymi drzewami, w błocie i liściach. Wdraptywanie się pod górę i mijanie wystających korzeni po pokonaniu ponad 100 kilometrów to nie przelewki. W kompletnej ciemności rozświetlonej tylko naszymi czołówkami i wyznaczającymi drogę pulsującymi "świeczkami" czułam się jak na filmie. I miałam serdecznie dosyć! Na nogach trzymała mnie nadzieja, że po wyjściu z tego wąwozu zostaną nam jakieś 4 kilometry do mety (tak wynikało z moich obliczeń). Można sobie wyobrazić co poczułam kiedy kilometr za wąwozem zobaczyłam na tabliczce napis "meta za 7km"!!! 7 kilometrów! Kurcze! Noga za nogą. Krok za krokiem. Nie myśleć za dużo. Trochę kręciło mi się w głowie. Chyba za mało zjadłam (bo ja w ogóle oszczędnie jem podczas biegów i to bardziej z przymusu niż z ochoty). Uratował mnie kawałek Snickersa, którego kupiłam "na wszelki wypadek" w mijanym sklepie. Dalej przed siebie. Kolejny zbyt długi kilometr...
Dotarliśmy do mety przed 3 nad ranem. Po 18 godzinach i 25 minutach spędzonych na trasie. Najpierw w palącym słońcu, od którego pekała z bólu głowa. Potem po ciemku w chłodzie w wąwozach i na polach. Do tej chwili nie potrafię sobie wyobrazić co by było gdybym przemierzała tą trasę zupełnie sama.

20170520 183409

Wbiegłam na metę po cichu - po prostu z ulgą, że TO się już skończyło; że nie muszę stawiać kolejnych niepewnych kroków w ciemności. Szczęśliwa, że zmniejszy się choć trochę ból, bo można będzie usiąść. Chwilę później dorwało mnie przejmujące zimno od którego zaczęłam się trząść. Euforia? Ogromna radocha? Łzy szczęścia? Nie. Wszystkie te uczucia zastąpiła po prostu ulga. I spokój. A chwilę później rozbawienie kiedy zdałam sobie sprawę, że nie kojarzę kierunku ani nie pamiętam nazwy ulicy na której mieszkam :)  

20170521 010004

Odcinek trasy, który organizatorzy nazwali "Mordor" na długo pozostanie mi w pamięci...

Satysfakcja przyszła później, już w ciepłym pokoju kiedy po wyjściu spod prysznica suszyłam umyte włosy przed 4 nad ranem (kobieta :)). Jak wykrzesałam z siebie siłę, żeby to zrobić – pojęcia nie mam. Tak samo jak nadal nie wiem jak udało mi się pokonać 120 kilometrów niełatwej crossowej trasy na moich własnych nogach. 



Komentarze ()