Bieganie poza utartymi szlakami...

Ultramaraton Bieszczadzki czyli błoto, błoto i jeszcze więcej błota.

Na jednym z pierwszych kilometrów trasy zatrzymałam się i powiedziałam "nie chcę tu być". Kilkadziesiąt kilometrów dalej z szerokim szczerym uśmiechem na twarzy mówiłam: "Łaaaa, jak tu przepięknie"... 

Takie są biegi górskie. A im dłuższa trasa tym więcej może się wydarzyć po drodze - również w głowie. Myślę, że to taka kwintesencja ultramaratonu czy raczej maratonu górskiego, bo jakoś mam obawy nazywać ultramaratonem bieg na 53 kilometry. W końcu to tylko 53 kilometry...

01

Najpierw padał deszcz. Było mi zimno, tak bardzo zimno, że nie wiedziałam co mam zrobić, bo miałam na sobie całe ubranie przygotowane na start. W mojej głowie kołatały się durne myśli, że przede mną jeszcze tyyyle kilometrów i że nie dam rady jeśli nie zrobi mi się choć trochę cieplej. Jednocześnie nie mogłam biec szybciej, bo nie pozwalała mi na to kondycja. W tym sezonie postawiłam na sprawność ogólną. Biagałam mało i po 15 kilometrach miarowego "klepania asfaltu" już czułam się zmęczona...

05

Koło 17 kilometra zaczęły się góry. Ścieżki pokryte kleistym, ciężkim błotem oblepiającym buty aż po kostki. O ile jeszcze na podejściu było ok to już zbieg śliską ścieżką stanowił prawdziwe wyzwanie...

03

Kolejny kilometr i jeszcze jeden aż w końcu ten początkowy kryzys minął i zaczęłam naprawdę cieszyć się górami. Bez pośpiechu, bez ścigania się, noga za nogą w rytmie - prawa, lewa, prawa. Bieganie naprawdę jest proste. Może dlatego "pomaga" na skomplikowane sprawy? Przemknęła mi przez głowę taka myśl kiedy pokonywałąm biegiem kolejny zbieg próbując nie utopić się w błocie.

06 Bieszczady są przepiękne. Nawet zamglone mają swój niepowtarzalny urok, który na swój sposób porusza serce. Nie sposób się nie zakochać. Każdy trud, każdy ból, każda myśl, żeby "rzucić to całe bieganie w cholerę" - to wszystko mija. Czasem tak bardzo się nie chce - wstać, wyjść w zimno, we mgłę, iść pod wiatr, biec w deszczu, marznąć, przemierzać te wszystkie kilometry. A jednak zawsze znajduje się w tym sens. To wyjście poza strefę komfortu zawsze rozwija, daje siłę i uczy nas czegoś nowego - o życiu i o sobie.

07

Bo tu nie chodzi tylko o klepanie kilometrów - prawa, lewa, prawa... to coś znacznie więcej. To wracanie do korzeni, do kwintesencji swojego "ja", swojej wewnętrznej siły, która okazuje się niezłomna choć wcześniej głowa i ciało robiły psikusa. 

Do punktu konktolnego na 30 kilometrze dotarliśmy na jakieś 6 minut przed zamknięciem go przez organizatorów. Na mecie byliśmy ponad 40 minut przed końcowym limitem. Nie zawsze trzeba być z przodu stawki. Czasami wystarczy po prostu doświadczać...

0809



Komentarze ()