Bieganie poza utartymi szlakami...

Tym razem nie o bieganiu... Będzie o feminiźmie!

Podobno dzisiaj obchodzimy międzynarodowy Dzień Feministek. Tak usłyszałam dziś w radiu i w zasadzie nie myślałam o tym wcale aż do czasu kiedy wróciłam dzisś wieczorem do domu! Ale zacznijmy od początku... Kiedy byłam na studiach był taki czas, że uważałam się za feministkę. Nie wnikałam jakoś szczególnie w to pojęcie - po prostu mówiłam zdecydowane NIE wszelkim "typowo" kobiecym zajęciom - Gotowanie? NIE. Ja nie będę! Sprzątanie w domu? NIE. Na pewno nie sama - ma być równość i już. Pranie? NIE, nie będę prać męskich skarpetek!!! Uchodziłam ogólnie za "silną babkę", mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że faceci się mnie trochę bali. A że dodatkowo miałam nastawienie typu "Ja faceta nie potrzebuję , bo ze wszystkim sobie sama świetnie radzę" to też większości "zainteresowanych" szybko mówiłam "dziękuję" i pędziłam swoją drogą. Ha! Studia minęły, czasy postudenckie i wyjazdy zagraniczne, żeby pobyć trochę tu, trochę tam minęły również dziwnie szybko.... Przyszedł dzień, kiedy zakochałam się bez pamięci:) no i w ten oto sposób ja - niegdyś feministka stałam się najpierw żoną, a później również matką! Czy gotuję? Gotuję. I to wcale nie dlatego, że mój mąż tego wymaga (tylko by spróbował!), po prostu uważam, że dobrze jest zjeść coś zdrowego! Chcę, żeby moja córeczka też jadła zdrowo. Więc gotuję. Przyznaję - nie codziennie, ale staram się jak mogę. Bywa, że gotuję późno wieczorem lub o absurdalnej porannej porze robiąc jednocześnie makijaż i jeszcze kilka innych rzeczy... Czy piorę? Piorę, bo przecież nie będę chodzić w brudnych ciuchach! Ok, większość pierze pralka, z resztą mój mąż też jest dobrze zaznajomiony z jej obsługą więc w tym temacie narzekać nie mogę! Czy sprzątam? Zrywami - jak już naprawdę "nie ma jak się ruszyć" - wtedy rzucam się w porządkowy wir i... no właśnie - ze zdumieniem myślę, dlaczego On nie widzi tego "syfu"...

Wróciłam dzisiaj do domu po calutkim dniu pracy. Mój mężczyzna spędził dzień w domu bo ma ten luksus, że w środy nie pracuje. Zero czegoś do jedzenia. No nie, przepraszam... był chleb. Moje dziecko ponoć z wilekim smakiem zjadło danie ze słoiczka (ok, czasem nic się nie stanie, ale - co za problem zrobić coś do jedzenia kiedy jest się CAŁY dzień w domu?????) Tym bardziej, że On umie gotować. Jest mistrzem naleśników, fantastycznym pizzermanem, ma też inne talenty kulinarne, które sporadycznie ujawnia... Tylko dlaczego nie wtedy kiedy NAPRAWDĘ przydałaby się ta pomoc? Wróciłam padnięta, przemarznięta (tam, gdzie pracuję temperatura nie przekracza 16 stopni Celsjusza - i przepisy BHP na nic się zdadzą bo wynajmujący nam lokal dawno splajtował i dopóki się nie przeprowadzimy na pewno nie będzie tam cieplej...). Weszłam do domu obładowana trzema torbami i laptopem i już w progu "złapała" mnie moja córcia. Złapała i nie chciała puścić.

Nie wiem dokładnie dlaczego, ale zalała mnie fala wściekłości na cały męski świat. Dlaczego wciąż zarabiamy mniej niż faceci? Dlaczego gotowanie obiadów to "nasza specjalność" (i dlaczego do cholery myśli tak nawet mój super liberalny wyrozumiały, wspierający mnie mąż???) Wreszcie w bieganiu - dlaczego wciąż na wielu biegach nagrody dla kobiet są gorsze niż dla mężczyzn? Przecież musimy tak samo się namęczyć, żeby wybiegać tą super formę - a nawet bardziej... Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

Uff... krzykliwy wyszedł mi ten dzisiejszy wpis. Ale może choć trochę mi ulżyło... No i usprawiedliwiam się dzisiejszym międzynarodowym "świętem" (choć pierwsze słyszę, że w ogóle takie jest!)



Komentarze ()