Walczyłam o życie – musiałam wygrać… czyli mój debiut w ¼ Ironmana. 3 Triathlon Jeziorsko

Dwa razy poryczałam się ze stresu, chciałam zawrócić, wycofać się, dać sobie spokój. Ale pokonałam strach, przezwyciężyłam panikę, a potem dałam z siebie wszystko i jeszcze więcej. Warto było!

Do soboty miałam na swoim koncie jeden triathlon z zeszłego roku – była to 1/8 Ironmana, którą spontanicznie zrobiłam w Stężycy bez przygotowania i na rowerze górskim; zachęcona wyczynami Triathlonisty i atmosferą na triathlonach gdzie kibicowałam. W ten weekend przeszłam na inny poziom wtajemniczenia – 3 Triathlon Jeziorsko okazał się prawdziwą szkołą przetrwania, również dla bardziej doświadczonych zawodników ode mnie…

Przedstartowa gorączka

Kiedy dotarliśmy do Portu Jachtowego „Jeziorsko” w Ostrowie Warckim przywitał nas silny zimny wiatr. Wysiadłam z samochodu, od razu owinęłam się drugą bluzą i spojrzałam w kierunku jeziora. Fale było widać już z daleka jednak dopiero kiedy podeszliśmy do brzegu ogarnęło mnie prawdziwe przerażenie. Naprawdę hulało, pomost targany wiatrem skrzypiał upiornie, a fale dosłownie waliły o brzeg jak nad morzem w wietrzne dni.

W oddali majaczyła pomarańczowa bojka wyznaczająca połowę pływackiej trasy. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że zrezygnuję ze startu. I pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu zastanawiałam się czy popłynąć oswojoną „żabką” czy próbować swoich sił w nowo opanowanej (zdecydowanie dalekiej od perfekcji) sztuce kraula… Tamte w rozważania w jednej chwili zmieniły się w dylemat – czy w ogóle odważę się TAM wejść ?!

01

Ta mina mówi wszystko ;)

Poszliśmy odebrać pakiety startowe i zorientować się w logistyce stref zmian bowiem miały być dwie i nie bardzo wiedzieliśmy gdzie zostawić rzeczy na bieganie. Organizacja okazała się jednak bardzo sprawna – wszystko było przemyślane choć w pierwszej chwili wydawało nam się, że na miejscu panuje niezły chaos. Organizatorzy dopiero tworzyli strefę zmian mimo, że do startu zostało może z półtorej godziny.

03

Nad brzegiem było upiornie...

Zaprowadziliśmy rowery i zanieśliśmy wszystkie potrzebne rzeczy sprawdzając po kilka razy czy na pewno mamy wszystko. Trudno mi było się skupić ponieważ myślałam niemal tylko o rozbujanym jeziorze i wietrze, który zdawał się jeszcze wzmagać. Zapomniałam o tym, że boli mnie kolano przy jeździe na rowerze i że dopiero trzeci raz będę jechać wpięta w pedałach SPD-SL. Wiedziałam jedno – boję się, boję się, boję się. Pływania. Serce waliło mi jak oszalałe, mdliło mnie ze stresu i nie byłam w stanie przełknąć nic do jedzenia ani picia mimo, że od śniadania minęło kilka godzin.

Moje obawy jak się okazało były całkiem uzasadnione. Na odprawie kiedy staliśmy już w piankach z czepkami i okularkami w dłoniach; kilkanaście minut przed startem organizatorzy ogłosili, że ze względu na bardzo trudne warunki na wodzie i bezpieczeństwo uczestników trasa pływacka zostanie skrócona do 650 m. Nie pocieszyło mnie to, a wręcz odwrotnie – wiedziałam, że nie skraca się tras jeśli nie ma ku temu powodu…

05

1/4 Ironwoman TO BE i Triathlonista :)

PŁYWANIE

Start pływacki miał się odbyć spod pomostu i został podzielony na dwie tury według numerów startowych. Byliśmy w drugiej więc z rosnącym przerażeniem patrzyłam jak startują tamci i jak płyną we wszystkie strony świata walcząc z falami. Ogarnęła mnie panika. Wchodząc na trzęsący się od uderzeń fal pomost trzymałam się kurczowo ramienia Triathlonisty i dosłownie drżałam ze strachu. Chciałam zawrócić, wycofać się, zejść z pomostu… Chyba ostatnia ześlizgnęłam się do wody dosłownie na kilka sekund przed startem. Wskoczyłam do wody, przykryła mnie fala , złapałam się kurczowo pomostu i się rozpłakałam. „Nie puszczę się” – myślałam spanikowana nie mogąc złapać oddechu. Wtedy Michał powiedział, żebym położyła się na wodzie, bo pianka mnie uniesie…  Nie wiem jak, ale pomogło. Panika jest kiepskim doradcą. Puściłam pomost …3…2…1… start. Przestałam myśleć.

Płynęłam żabką próbując pokonać siłę fal, które miotały moim ciałem i zalewały mnie całą prawie uniemożliwiając oddychanie. Zakrztusiłam się raz i drugi, bo woda zalała mnie w momencie kiedy chciałam złapać oddech. Zaparowały mi okularki więc walczyłam jedną ręką, żeby przetrzeć palcem choć jedną szybkę – nie miałam pojęcia gdzie płynę. Bałam się. Wokół słychać było krzyki ludzi i huk wody.

06

Nie tylko my byliśmy pełni wątpliwości czy pływanie TAM to jest naprawdę taki świetny pomysł :D Miny na odprawie mówią wszystko :)

Minęłam bojkę myśląc, że to już połowa i wtedy przykryło mnie kilka dużych fal nadchodzących jedna po drugiej. Zachłysnęłam się kilka razy, zrobiłam wdech pod wodą i wtedy spanikowałam. Desperacko wyciągnęłam rękę w górę (na znak, że chcę żeby ktoś z obsługi mi pomógł) i w tym momencie największa fala zasłoniła mnie całą razem z ręką. Ogarnęło mnie przerażenie, że w tym zgiełku i w falach nikt nawet nie zauważy, że wołam o pomoc.  Nigdy w życiu nie bałam się bardziej niż w tamtej trwającej wieczność chwili. „Nie panikuj. Weź się w garść.” – powtarzałam sobie w głowie kaszląc i próbując odzyskać dostęp do tlenu. Nie myślałam o triathlonie, o rowerze, o tym gdzie jest wyjście z wody dla zawodników. Walczyłam o życie i musiałam wygrać tą walkę. Po prostu dostać się do brzegu i wyjść z tego jeziora. Kiedy wreszcie wydostałam się na plażę poryczałam się drugi raz - z ulgą i ze szczęścia, że żyję…

ROWER

Stres odpuszczał powoli więc kiedy szłam do strefy zmian jeszcze nie do końca ogarniałam rzeczywistość. Zdjęłam piankę cały czas próbując uspokoić oddech po przeprawie z wodą. Mokre spodenki zmieniłam na spódniczkę biegową, na zapiaszczone stopy wciągnęłam skarpetki i buty rowerowe. Rękawiczki, okulary i kask. Ruszyłam myśląc tylko o tym, jak bardzo się cieszę, że dotarłam do brzegu. Teraz już nic mi nie jest straszne!

Jechałam szybciej niż zazwyczaj – adrenalina robi swoje. Momentami czułam silne podmuchy wiatru, które szczególnie przy wyjeździe z zabudowanego obszaru dawały o sobie znać. Mniej więcej koło 20 kilometra poczułam znajomy ból po zewnętrznej stronie kolana. Paliły też mięśnie nieprzyzwyczajone jeszcze do takiego tempa – przecież jeżdżę na rowerze właściwie dopiero od półtora miesiąca! Wiedziałam jednak, że teraz nic już nie jest w stanie mnie zatrzymać. Zaciskałam zęby, na podjazdach wyrzucałam z siebie szeptem nieprzyzwoite słowa i pedałowałam dalej z całych sił nie myśląc o tym czy zostanie mi energii na później.

07

Kawał ze mnie umięśnionej babki :D

Radosnym wyzwaniem okazała się nawrotka o 180 stopni. Zwolniłam, wypięłam z pedału prawą nogę (bo tylko tak na razie umiem) i… prawie się wyłożyłam tuż przed ekipą strażaków – skręt był na lewą stronę więc siłą rzeczy rower przechylił się w stronę nogi wpiętej w pedał. Musiałam wyglądać zabawnie i sama się z siebie w duchu śmiałam jednocześnie przypominając sobie, że dopiero trzeci raz w życiu jadę w tych butach rowerowych więc i tak jest nieźle.

Po tym zakręcie przyspieszyłam. Jechało się fantastycznie – mimo bólu, mimo wiatru, który miałam wrażenie cały czas walił prosto w twarz utrudniając przemieszczanie się. Zbliżałam się do mety odcinka rowerowego i w głowie miałam myśli, że oto najtrudniejsze już za mną, bo czeka mnie już tylko moja znajoma dyscyplina - bieganie. Radośnie wypięłam buty z pedałów, zeskoczyłam z roweru i… nogi się pode mną prawie złożyły. Triathlon!

08

Zmęczony człowiek ma kłopot z najprostrzymi czynnościami...

BIEGANIE

Odwiesiłam rower, zmieniłam buty na biegowe i ruszyłam… wolnym ciężkim krokiem nie mogąc uwierzyć co się stało z moimi nogami! Już na pierwszym kilometrze dopadła mnie parszywa kolka – pewnie efekt picia izotonika na rowerze. Ja naprawdę nie mogę jeść i pić przed bieganiem! Uciskałam ręką kłujące okrutnie miejsce i ciężko dysząc truchtałam przed siebie patrząc jak trasa biegnie pod górę! Prawa, lewa, prawa…

Wydawało mi się, że biegnę cały czas bardzo wolno, a mimo to przybliżałam się do kolejnych osób i mijałam ich zostawiając na dobre za sobą. Zobaczyłam przed sobą dwie kobiety i już wiedziałam, że nie mogę odpuścić. Moja spódniczka z napisem „bieg rzeźnika” powiewała na wietrze (tak! Ten upiorny wiatr towarzyszył nam przez całe zawody!) i przypominała mi, że NIE MA NIE MOGĘ! Co prawda Bieg Rzeźnika przy tym triathlonie to był „pikuś”, ale przecież jestem ultra maratonką do diabła więc co jak co, ale na bieganiu to JA WYPRZEDZAM a nie „jestem wyprzedzana”.

09

Zrobiliśmy to! Jestem 1/4 Ironwoman :)

Z taką determinacją w głowie, kolką świdrującą pod żebrami i nogami jak z waty po rowerze wyprzedziłam jeszcze dwie kobiety (i kilku facetów przy okazji ;)) co dało mi… 3 miejsce OPEN kobiet i 1 w mojej kategorii wiekowej - w debiucie na ¼ Ironmana  Moje zaskoczenie było bezgraniczne, a szczęście na mecie jeszcze większe. 2 godziny 46 minut i 18 sekund maksymalnego wysiłku. Zmęczenie na miarę ultramaratonu.

Triathlon rządzi się swoimi prawami. Nic nie jest tu oczywiste i wszystko może się zdarzyć. I w tym tkwi chyba magia tego sportu, którą coraz lepiej poznaję. Jedno Wam powiem – to wciąga. Straaaasznie!

10

Zaskoczenie i niedowierzanie - 3 miejsce wśród kobiet!

***

Być może niektórzy czytając tą moją relację (szczególnie z pływania) posądzą mnie o przesadę. To oczywiście moje osobiste odczucia, ale tam naprawdę było ekstremalnie. Ratownicy wyłowili z wody 26 osób, które zakończyły rywalizację na tym etapie. Kilka osób podobno zrezygnowało zaraz po wejściu do wody. Należy się wielki ukłon dla ratowników WOPR za pracę w tych warunkach - wyobrażam sobie, że dla nich ogarnięcie tego musiało być sporym wyzwaniem. 

Triathlon Jeziorsko (mimo wszystko :)) polecam. Choć jest to niewielka impreza to na pewno ma "duszę". Organizacja była sprawna, trasa dobrze zabezpieczona i przygotowana; atmosfera świetna a na trasie rowerowej nie zabrakło kibiców w postaci mieszkańców z mijanych miejscowości. 

11

To chyba najpiękniejszy puchar w mojej kolekcji! Medal też ładny :)

 



Komentarze ()