Bieganie poza utartymi szlakami...

Jak zrobić triathlon nie umiejąc pływać i bez roweru?

...czyli moje pierwsze TRI na dystansie 1/8 Ironmana (GARMIN IRON TRIATHLON Stężyca 2017)

Triathlon to 3 dyscypliny połączone w jeden wyścig - pływanie, rower i bieg. Dystanse są różne. Ostatnio miałam okazję kibicować znajomym podczas jednych zawodów z serii Garmin Iron Triathlon. Pojechaliśmy do Ślesina całą roześmianą ekipą. Kiedy oni startowali ja w międzyczasie zrobiłam sobie trening biegowy i kibicowalam zawzięcie, bo mnie wciągnęła atmosfera. To porywa. Tak bardzo, że gdzieś po głowie zaczęło mi chodzić że też kiedyś chciałabym spróbować. Kiedyś…  

Cóż, jak to czasem u mnie bywa „kiedyś” zmieniło się na „już" bardzo spontanicznie. We wtorek zapisałam się na zawody startujące w niedzielę.  Pożyczyłam piankę triathlonową ze sklepu biegowego „Trucht” w Łodzi. Od mamy pożyczyłam rower – górski, bo innego nie mamy na stanie w rodzinie. Nie myśląc nad tym wszystkim zbyt długo pomyślałam – „jakoś (chyba?) dam radę?”

 01

Co ja tu w ogóle robię :)???

Dystans - najkrótszy bo 1/8 Ironmana czyli 475m pływania, 22,5km jazdy rowerem i 5,25km biegania. Przecież ten dystans to pikuś... niedawno przebiegłam 120 kilometrów! Dam radę!

02

Numer startowy

Pływanie

Tego obawiałam się najbardziej. Potrafię pływać tylko stylem klasycznym zwanym potocznie żabką. Widziałam też co dzieje się w wodzie na starcie triathlonu i myśl że mam się znaleźć w środku tego wzburzonego sajgonu nazywanego przez triathlonistów” pralką” (bo wszyscy walą się po głowach, kopią i podtapiają) była naprawdę przerażająca. Tym bardziej, że przecież nie umiem pływać kraulem, a ostatni raz na basenie byłam jakieś półtora roku temu. I jeszcze pianka – założenie tego cholerstwa wcale nie jest łatwe! Próba generalna odbyła się kilka dni wcześniej. Przepłynęłam się w tym jeden raz i uznałam, że „jakoś to będzie”… I było…

475m to niby nie dużo.  Ot jakieś 18 długości basenu. Tylko że tu był otwarty akwen - jezioro. Odległość wydawała się spora. Start z wody. Już oczekiwanie na sygnał startowy było męczące, bo trzeba było utrzymywać się na wodzie machając rękoma. Uspokajałam się w myślach i zaraz po starcie próbowałam znaleźć po prostu rytm oddychając spokojnie. Najgorsza jest panika. Byłam zdziwiona jak wolno płyną niektórzy przede mną. Musiałam mijając ludzi płynących kraulem! Pierwsza bojka. Niedługo następna...

Zaparowały mi okularki i przez moment straciłam widoczność, więc jedną ręką musiałam je przetrzeć od środka jednocześnie pracując drugą, żeby płynąć dalej i nie zacząć się topić. W tym samym czasie jakiś facet obok mnie zaczął wołać pomocy… Nie wiedziałam co mam robić. Ktoś krzyknął do niego, że da rade, bo już niedaleko, ale przecież z wodą nie ma żartów... Na szczęście zjawiła się ratowniczka w kajaku, która wstrzymała na chwilę naszą kilku osobową grupę żeby przedostać się pomiędzy nami do niego. Odetchnęłam i ruszyłam żwawiej przed siebie mając za cel ostatnią bojkę i wyjście z wody tuż za nią. Jakie było moje zdziwienie kiedy wychodząc na brzeg usłyszałam start dystansu na 1/4 Ironmana - to oznaczało, że wyrobiłam się  z etapem pływania w 10 minut! Zakładałam przynajmniej dwa razy tyle!

03

Foto: www.sportnakaszubach.pl

Strefa zmian

„Dobra, przetrwałam pływanie, wow jak dobrze mi poszło, nie wierzę” – takie myśli kołatały mi w głowie kiedy wspinałam się dziarsko w górę w kierunku strefy zmian rozpinając w biegu piankę. Czułam, że się uśmiecham. Naprawdę odetchnęłam z ulgą myśląc sobie, że oto najgorszy etap mam już za sobą. Jak bardzo się myliłam dowiedziałam się kilkanaście minut później, ale w strefie zmian znalazłam się cała podekscytowana i roześmiana...

Szybko zrzuciłam z siebie czepek i okularki, ściągnęłam piankę, która stawiała co prawda opór, ale w końcu przegrała z moją determinacją. Założyłam buty, wrzuciłam na siebie koszulkę, obowiązkowy kask, okulary przeciwsłoneczne i… koronkową spódniczkę, którą udziergała dla mnie koleżanka biegaczka. Ściągnęłam zawieszony na siodełku rower (z niemałym trudem, bo rower górski waży kilkakrotnie więcej niż kolarka) i ruszyłam biegiem do wyjścia ze strefy zmian…

Rower

Ostatni raz jeździłam na rowerze 2 lata temu. To była niedzielna wycieczka  na turystyku w tempie średnio aktywnego żółwia. I zdarzyła się raz. Na rowerze więc nie jeżdżę. W ciągu ostatniego roku jeden raz dwa tygodnie temu poszłam na zajęcia indoor cycling do mojego klubu fitness. I dwa razy pojechałam do miasta rowerem miejskim. Tak wyglądał mój "trening" kolarski przed triathlonem. Żeby była jasność – przeszłości rowerowej również nie mam żadnej.

Ale… 22 kilometry to przecież naprawdę mało. Przebiegłam 120 to 22 nie przejadę rowerem? Na pewno!

Początek trasy to jeszcze euforia po pływaniu i myśl „hola i do przodu – jedziemy!”. Pierwszy kłopot odezwał się jednak już kilka minut później kiedy uświadomiłam sobie, że zapomniałam się napić izotonika przed tym rowerem, a mój bidon przytwierdzony do ramy jest przeze mnie ledwo osiągalny – raz – nie mam wprawy (i szczerze wątpiłam w swoje umiejętności jednoczesnej nawigacji i zginania się wpół po bidon), a dwa, że aby wyciągnąć bidon z koszyczka musiałam użyć pewnej siły, bo okazał się tam (delikatnie mówiąc) dość mocno przytwierdzony. Sukces. Napiłam się i udało się nie wyłożyć na asfalt! Pędzimy! Użyłam maksymalnej siły żeby rozpędzić się do niemożliwej jak dla mnie prędkości tylko po to, aby po chwili zauważyć, że wszyscy mnie wyprzedzają. Jeden po drugim, Ci, którzy wyszli z wody sporo po mnie doganiali mnie na swoich lekkich mniej lub bardziej „wypasionych” rowerach szosowych i mijali mnie nie wkładając w to najmniejszego wysiłku (przynajmniej tak wyglądali). Tymczasem ja rozpaczliwie próbowałam utrzymać prędkość kręcąc pedałami bez wytchnienia. Zadyszka jaką przy tym złapałam i palące mięśnie ud dawały o sobie znać coraz bardziej.

09

Pamiątkowa chwila - mój pierwszy triathlon zrobiłam na tym rowerze (waży tonę i ma niedziałające przerzutki ;))

 Chwilę później prosta szosa zamieniła się w całkiem pokaźny podjazd. Chciałam zmienić przerzutkę, ale okazało się, że nie działają. Stanęłam na pedałach i walczyłam z górą przeklinając na głos ten ciężki rower i (przede wszystkim) swój kompletny brak przygotowania. Czułam, że wymiękam, a trasa wiła się przede mną bez końca. Nie wiem ile osób mnie minęło, ale jak zaczęli mnie wymijać rozpędzeni zawodnicy z dystansu 1/4 Ironmana moje zwątpienie zaczęło narastać. Jak daleko jeszcze do końca? Gdzie ta cholerna strefa zmian? I w końcu - jak długie mogą być 22 kilometry??? Marzyłam tylko o tym, żeby zostawić już „w cholerę” ten rower i oddać się bezpiecznej, dobrze mi znanej aktywności jaką jest bieganie.

Bieganie

Kiedy dojechałam do mety odcinka rowerowego i zeskoczyłam z niego z wielką ulgą… już miałam się rozpędzić, żeby gnać z nim biegiem do mojego miejsca w strefie zmian kiedy poczułam, że nogi się pode mną uginają. Zaskoczenie tym stanem trwało tylko chwilę, bo szybko przypomniały mi się opowieści znajomych triathlonistów, którzy mówili mi jak to jest.  Chwilę później zebrałam się już w sobie, powiesiłam rower w strefie zmian, rzuciłam kask „w diabły” i ruszyłam na trasę biegu. Przede mną 5 kilometrów. Tylko 5 kilometrów.

04

Czułam się zmęczona, czułam, że trochę brakuje mi tchu po tej „szaleńczej” jeździe na rowerze, ale mimo to znalazłam się właśnie w „dobrze mi znanej strefie”. Przecież bieganie to moja domena! Powtarzałam to sobie za każdym razem kiedy dopadała mnie myśl, że mi ciężko. Szybko zauważyłam, że wymijam ludzi, którzy wcześniej wyprzedzili mnie na rowerze… Teraz to oni „stali w miejscu”, a ja pomykałam do przodu radośnie machając spódniczką. Dwa okrążenia. Końcówka.

Mijałam punkty odżywcze z wodą nie pijąc już nic i myśląc tylko o mecie. Przede mną jakiś facet, kolejny, jakieś dwie dziewczyny… nie ma opcji żeby nie udało mi się ich wyprzedzić! Ostatni zakręt. Meta. 1 h 33 minuty i 10 sekund. Mój pierwszy triathlon! 1/8 Ironmana. Zrobiłam to! Euforia, euforia i jeszcze raz euforia. Wielka gigantyczna radość. Kilka zdjęć na mecie. Nawet jeść mi się nie chciało z całej tej radości.

06

Euforia za metą

To była przygoda, to była szczypta szaleństwa. Taka trochę z pazurem, bo fakt jest taki, że z 3 trzech dyscyplin byłam przygotowana tylko do jednej. Moim atutem okazała się kolejny raz głowa, która się nie poddała panice na odcinku pływackim i słabości na odcinku rowerowym. Wiara w siebie czyni cuda. Można ukończyć triathlon nie umiejąc za grosz pływać kraulem? Można (i wcale nie trzeba się tego wstydzić:)). Można pojechać na rowerze górskim? Można. I wcale nie trzeba zostać ostatnim na całym triathlonie.

07

Dotarłam na metę jako 19 kobieta (z 38) i 6 w mojej kategorii wiekowej. Mój czas z biegania był 3 najlepszym czasem wśród kobiet i 22 wśród wszystkich startujących na tym dystansie :))

Nie ma się czego bać – no, może tylko tego, że jak się raz wystartuje to można w to wpaść. Ja wpadłam. Coś czuję, że to był początek większej przygody...

 

Katarzyna Żbikowska-Jusis, autorka książki "Kobieta w biegu. Jak pogodzić pasję z codziennością i odnaleźć radość w życiu", wyd. galaktyka, 2015. 



Komentarze ()