szczypta szaleństwa

TRIADA Zimowa czyli 66km. 3 biegi i 2 dni przedzierania się przez zaspy śnieżne

Trzy biegi, w sumie 66km, w dwa dni w górach w samym środku zimy? Dlaczego nie? Przecież będzie przygoda, będzie zabawa, będzie szczypta szaleństwa (a nazwa mojego bloga zobowiązuje :)). Tak, decyzja o starcie w pierwszej edycji Triady Zimowej była niezwykle spontaniczna  - znajomy powiedział przez telefon, że coś takiego się odbywa, włączyłam komputer, pomyślałam minutę, że „o, fajne”, zapisałam się, zapłaciłam i voila – lecimy w górach w styczniu. Te zapisy to były jakoś w październiku kiedy o śniegu jeszcze nikt nie myślał, tym bardziej o mrozie skuwającym ziemię i wszystko wokół. To było jeszcze przed wyjazdem na maraton do Nowego Jorku, kiedy nie myślałam o tym co będzie później, w nowym roku czy w nowym planie treningowym.

Styczeń przyszedł szybciej niż ktokolwiek się tego spodziewał, przynajmniej ja, bo czas leci mi niesamowicie ostatnio. I ani się obejrzałam jak nadszedł dzień wyjazdu. OK, marzyłam o górach - o spokoju, o naturze, o świeżym powietrzu. O mrozie może trochę mniej, ale góry to góry. Jedziemy!

16

Krościenko nad Dunajcem          

Mała miejscowość turystyczna położona na styku trzech pasm górskich okazała się idealną bazą wypadową na trzy biegi TRIADY. Plan był taki: sobota - 22 kilometry w Gorcach i wieczorem 11 kilometrów w Pieninach; niedziela - 33 kilometry w Beskidach. Już samo myślenie o tym budziło respekt. Szczerze zastanawiałam się jak dam radę. Przecież to zima. I zimowe warunki (czytaj mnóstwo głębokiego kopnego śniegu na szlaku). Łatwo nie będzie…

 01

Biuro zawodów w Karczmie Dunajec okazało się być całkiem dobrym pomysłem organizatorów, bo było blisko i na jedzenie i na grzane piwo, a jak wiadomo czego bardziej można chcieć po całym dniu zmagania się z zimową aurą… W pakiecie startowym każdy dostał kilka karteczek na odbiór gorącej zupy czy właśnie piwa lub grzańca więc po każdym biegu można było wygrzać się w góralskiej atmosferze przy ciepłym napoju. Brawo dla organizatorów za zadbanie o szczegóły. Była ciepła herbata na punktach żywieniowych i pepsi, którą zawsze doceniam na biegach górskich, bo daje to co przy dużym zmęczeniu przydaje się najbardziej – cukier i kofeinę. Nie mówiąc o korzystnym działaniu na skurczony z wysiłku żołądek. Były też cukierki, orzeszki, ciastka i czekolada. Słodka energia w pigułce. Poza tym wszystkim były też uśmiechy i życzliwość – to, co najważniejsze i najfajniejsze. Widać, że ten bieg zorganizowali pasjonaci, „ludzie gór”, którzy wiedzą co na takich imprezach liczy się najbardziej. Brawo wy!

Biegniemy… 22 km, 11km, 33km… czyli TRIADA

Bieganie w górach to sport poniekąd ekstremalny. Bieganie zimą w górach to sport zdecydowanie ekstremalny i  to w wyższym stopniu. Nigdy jeszcze żaden bieg tak mnie nie umęczył siłowo. Przedzieranie się przez wysokie zaspy śnieżne, próba utrzymania równowagi na nierównym podłożu, wspinanie się w górę po osuwającym się spod stóp śniegu i zbieganie po śliskiej nawierzchni to wyzwanie nawet dla doświadczonego biegacza górskiego.  Nie powiem – przemieszczałam się raczej powoli traktując te zawody w kategorii dobrego treningu i świetnej zabawy. Przyjechałam zmęczona mocnymi treningami na siłowni, z „zakwasami” w nogach (lekcja do zapamiętania na całe życie – nie trenować tak mocno na kilka dni przed etapowym biegiem górskim!!!!).

02

zaczynamy zabawę. Przed pierwszym biegiem :)

03

Start etapu Gorce

04

22 kilometry pokonaliśmy w 3 godziny i jakieś 25 minut. Nie najgorzej. Dobiegłam zmęczona, nie powiem. Ale przede wszystkim naprawdę zbolała. Przy takimi wysiłku bolą nie tylko mięśnie nóg, które eksploatujemy, ale też ramiona, mięśnie brzucha i pleców, które spinamy próbując utrzymać równowagę w grząskim śniegu i na nierównej powierzchni. Niezły fitness!

05

Znaczna część trasy wyglądała w taki właśnie sposób :)

06
0708

Punkt żywieniowy na trasie

Zebranie się na drugi bieg wieczorem było niemałym wyzwaniem. Na starcie organizatorzy zaskoczyli nas fajerwerkami. Atmosfera była świetna, ale mimo to wykrzesanie z siebie siły po pokonanych wcześniej 22 kilometrach nie było łatwe. Zrobiło się ciemno, jeszcze zimniej i naprawdę mocno się już nie chciało. A jednak! To właśnie na tym biegu, na drugim okrążeniu dostałam przypływu energii (nie wiem skąd) i pognałam do przodu kończąc te 11 kilometrów z dwoma górkami w 1h i 20 minut. Przypuszczam, że ten zapał i przyspieszenie nie pomogły w przygotowaniach do ostatniego etapu TRIADY. Następnego dnia ledwo podniosłam się z łóżka, nogi miałam sztywne jak patyki, mięśnie bolały niemożliwie i poruszałam się jak paralityk.

09

Przed startem w wieczornym biegu w sobotę. Za mną już 22km, przede mną 11 km...

I jak tu biec 33 kilometry przez zaśnieżone Beskidy??? To pytanie wisiało w mojej głowie przez cały poranek i wracało jak bumerang podczas biegu, który okazał się dla mnie faktycznie wyjątkowo trudny. Poruszałam się bardzo wolno prawie zamykając stawkę (i pomyśleć, że latem w górach potrafiłam się ścigać o czołowe miejsca…). Pogoda była jednak przepiękna, świeciło słońce i cały świat błyszczał w promieniach. Zatrzymywałam się żeby zachwycić oczy widokami, robić zdjęcia gór, ośnieżonych drzew migoczących w słońcu  i odpoczywać przed kolejną fazą napierania to w górę, to w dół.

10

Gotowi do startu. Ostatni etap przed nami. 33km i meta!

11
12

Nie wiem ile razy powiedziałam, że już nie mam siły. Nie pamiętam ile niewybrednych przekleństw padło z moich ust podczas przedzierania się przez szlak. Po 17 kilometrze kiedy mieliśmy już szczerze dość brodzenia po kolana w wysokim śniegu nagle naszym oczom ukazała się płaska szeroka droga. Padło: „patrz, jaka fajna droga!”. Nie zdążyłam się dobrze nad tym zastanowić i chwilę później wyłożyłam się na niej prosto na bolący już wcześniej kręgosłup. Przez moment wydawało mi się, że widzę gwiazdy w samym środku słonecznego dnia. Śmiałam się, żeby nie płakać z bólu i dlatego, że sytuacja ogólnie była trochę zabawna. Śmiech pomaga. Po kilku minutach udało mi się zebrać i przy pomocy kolegi podnieść do pionu. Droga okazała się mocno oblodzona i dalszy bieg stanowił niemałe wyzwanie tym bardziej że ból pleców nie ustępował. Do tego doszedł jeszcze skurcz żołądka i ogólne, coraz bardziej obezwładniające, zmęczenie mięśni.

13
14
15
16
17
18
19

Momentami zastanawiałam się nad tym czy jest jeszcze jakaś część ciała, która mnie nie boli. Chyba nie było. Biegliśmy jednak dalej, powoli do przodu; przez myśl mi przeszło, że możemy nie zmieścić się w limicie więc ostatnie kilometry zmobilizowaliśmy się i ostatecznie do mety dotarliśmy z 45 minut przed końcem imprezy. Adrenalina, endorfiny i zachwyt nad widokami, które cały czas były przepiękne – to wszystko sprawiło, że ból zszedł na dalszy plan. Było pięknie. Było zabawnie. Było fantastycznie. I tak właśnie zapamiętam TRIADĘ.

20

 

 



Komentarze ()