Mallorca

Dać z siebie wszystko i trochę więcej czyli Trail Kamieńsk 30km

Nie zatrzymuję się kiedy jestem zmęczona. Zatrzymuję się kiedy skończę”. Nie pamiętam gdzie pierwszy raz przeczytałam ten tekst. Wiem, że na pewno było to w języku angielskim i że bardzo do mnie trafił. Zdecydowanie należę do tych osób, które nie lubią się poddawać i które satysfakcję osiągają dopiero wtedy kiedy wiedzą, że dały z siebie wszystko. Albo trochę więcej...

W sobotę wzięłam udział w 30-o kilometrowym biegu na górze Kamieńsk – Trail Kamieńsk określanym jako bieg górski w centrum Polski. Zapisałam się późno, bo jeszcze na początku stycznia lecząc naciągnięty miesień dwugłowy uda, a później zmagając się ze słabością po jelitówce i przeziębieniu nie byłam pewna czy w ogóle chcę jechać na jakikolwiek bieg zimową porą! Któregoś dnia jednak wracając po 22-ej z siłowni, w mojej głowie zapaliło się światełko pt. „trening do ultramaratonu w Dolomitach to musi być też bieganie w górach!”. A że w górach nie mieszkam i nie bardzo mam okazję żeby często tam bywać, następnego dnia zapisałam się na Trail Kamieńsk. Każda okazja do solidnego treningu jest na wagę złota!

Trail Kamieńsk

30 kilometrów to nie jest specjalnie długi dystans, przynajmniej nie dla kogoś, kto ma w planach pokonać 119km. A jednak na tej trasie przez moją głowę przetoczyło się sporo myśli. Mawiają, że pozytywne myślenie sprzyja sukcesom. Może i tak, bo tym razem przez całą trasę w mojej głowie szalały pozytywne myśli – na początku po prostu radocha z tego, że tu jestem i wspinam się żwawymi krokami pod stromy stok. Później radocha ze zbiegu w szaleńczym jak na mnie tempie w dół i przebieranie nogami żeby się nie wyłożyć na śliskim. Kolejny raz moje serce waliło mocno nie tylko z wysiłku, ale z miłości – do góry, do szlaku. W zasadzie trudno to opisać. Może to jest tak, że jedni to czują, a inni nie? Nie wiem. Mam wrażenie, że moja dusza śpiewa kiedy ciało męczy się wspinaczką po to by po chwili poczuć ulgę znalazłszy się na szczycie. Każdy pokonany podbieg to satysfakcja, a każdy zbieg to radość z pokonania własnych słabości ten kolejny raz. Kamieńsk to tylko jedna góra, ale organizatorzy zadbali o to, by trasa była wymagająca i ciekawa. Najpierw dwa razy stromy stok do pokonania, później duża pętla crossowa ze sporą ilością terenu o niewielkim nachyleniu, parę mocniejszych podbiegów i długi stromy stok na samej końcówce.

Trail Kamieńsk

Foto: Maciej Jan Nowosławski (Foto Doktorek)

Miarowo pod górę - ciężko, bardzo ciężko, coraz ciężej. A to nawet jeszcze nie połowa! Oddech robił mi się coraz głośniejszy, mięśnie nóg paliły coraz bardziej z każdym krokiem… Przez chwilę przez myśl mi przebiegło, żeby przejść do marszu jak to się często robi na biegach ultra, ale… nie. Przecież to świetny trening – moja głowa wiedziała lepiej niż nogi po tu przyjechaliśmy. Dodatkowo ambicję podsycała koleżanka wbiegająca na górę kilkaset metrów z przodu. Nie było mowy o marszu! Bieg w górę… krok za krokiem, metr za metrem… Ulgę przynosiły odcinki płaskiego, na których przyspieszałam po to by po kilkunastu krokach… poczuć przypływ sił. „Jest dobrze. Jestem silniejsza niż myślałam” – przebiegało mi przez głowę i jestem przekonana, że uśmiech pojawiał mi się na twarzy. Czułam się świetnie psychicznie. Nie na darmo mówi się, że takie biegi biega się w dużej mierze głową. Kiedy mięśnie paliły wyobrażałam sobie, że stają się silniejsze i że dzięki temu wysiłkowi uda mi się pobiec w Dolomitach za kilka miesięcy. Człapałam dalej, a potem frunęłam w dół ignorując przejawy zdrowego rozsądku nakłaniające mnie do zwolnienia i oszczędzania energii na później…

Trail Kamieńsk

Finisz... Foto: Maciej Jan Nowosławski (Foto Doktorek)

Kilkaset metrów przeze mną majaczyła mi koszulka Agaty znikając co jakiś czas za zakrętami. Podziwiam Agatę od ładnych paru lat. To dziewczyna, która ma nieprawdopodobną moc, wiele sukcesów biegowych na koncie, a przy tym jest jedną z najsympatyczniejszych osób jakie zdarzyło mi się poznać. Pół biegowej Polski zna Agatę - jej wyczyny na biegach ultra budzą szacunek i podziw. Cóż tu dużo mówić – dla mnie Agata od lat jest idolką. Nie ośmieliłabym się pomyśleć, że mogłabym z Agatą wygrać. Ośmieliłam się jednak spróbować pobiec z nią, a później za nią najdłużej jak dam radę. Takie moje ryzyko – bo przecież mogło skończyć się wypaleniem w pierwszej połowie biegu i porażką absolutną. Ponieważ jednak chciałam zobaczyć w jakiej aktualnie jestem formie na nieco ponad 4 miesiące przez Lavaredo Ultra Trail zdecydowałam się pobiec ten bieg na maksa.

Około 15 km straciłam Agatę z oczu, ale napierałam dalej. Wśród kobiet byłam druga – wiedziałam o tym i wiedziałam, że chcę taki stan utrzymać do samej mety. Poza tym naprawdę przyjechałam na Kamieńsk dać z siebie wszystko. Każde „trochę mniej” to było by „za mało”.

Trail Kamieńsk

z Agatą Matejczuk za metą - to była świetna rywalizacja:)

Chyba koło 26km znów zobaczyłam przed sobą koleżankę. Wyminęłam dwóch biegaczy i przyspieszyłam zastanawiając się skąd mam w sobie jeszcze siłę na szybszy bieg. Podłoże było nierówne, nogi zapadały się w piasku, a oddech robił się coraz cięższy. Próbowałam zjeść drugi żel energetyczny mając na uwadze fakt, że energia może mi się przydać na końcówce. Smakował ohydnie więc udało mi się przełknąć tylko połowę zapijając zimną wodą z bukłaka. Zakręt i asfalt. Miałam wrażenie, że znów jest pod górę. Nikt nie mówił, że będzie lekko. Zbliżyłam się do Agaty, powiedziała do mnie coś pokrzepiającego, ale nie miałam siły nic odpowiedzieć. Kilkaset metrów dalej znów zaczęła się ode mnie oddalać, a ja próbowałam gonić ją ze wszystkich sił. W oddali majaczyła meta. Jeszcze „tylko” stromy podbieg i zbieg. Chciałam powalczyć.

Pierwsze kilka kroków pod stromy stok skutecznie jednak zweryfikowało ten zamiar – po prostu ugięły się pode mną nogi – dosłownie, po prostu się „złożyły” i o mały włos nie wylądowałam twarzą w błocie. Podparłam się rękoma i… na czworakach pokonywałam stok. Wyprostowałam się i paręnaście kroków zrobiłam podpierając się rękoma o uda; chwilę później jednak noga ześlizgnęła mi się po stoku i znów wylądowałam rękoma w błocie. I tak do samej góry, gdzie… zebrałam resztki energii (skąd?) i wróciłam do truchtu. Zbieg śliskim stokiem w dół do mety. Czułam jak w całym moim ciele buzują endorfiny. Od dłuższego czasu nie patrzyłam już na zegarek, ale wiedziałam, że mam dobry czas – jak na mnie i nieskromnie – doskonały czas poniżej 3 godzin. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że dobiegnę do mety ponad kwadrans przed upływem tych 3 godzin i zamelduję się na finiszu po 2h 44min i 42sek.

Wiele razy czułam się szczęśliwa na mecie. Tak szczęśliwa czułam się jednak może kilka razy. To był jeden z moich najlepszych startów w życiu. A może i najlepszy.

Trail Kamieńsk

Tak – jestem z siebie dumna. Ale wcale nie dlatego, że zrobiłam taki i taki czas i dotarłam na metę jako 2 kobieta i 29 osoba w ogóle. Jestem z siebie dumna ponieważ dałam z siebie wszystko i trochę więcej. Ten bieg był sukcesem, na który zapracowałam tygodniami treningów, które najwidoczniej przynoszą oczekiwany rezultat. Często były to treningi, na które nie chciało mi się wyjść, które najchętniej zamieniłabym na ciastko i herbatę w ciepłym domu. Czasami były to treningi, na które nie miałam siły, ale które zrobiłam trzymając się maksymy: „Nie zatrzymuję się kiedy jestem zmęczona. Zatrzymuję się kiedy skończę”. Mam prawo do odrobiny tej dumy:)

Jestem też pełna pokory. Dużo mi brakuje do najlepszych. Bardzo dużo. Jestem na samym początku drogi, ale mam coś czego brakowało mi dwa lata temu kiedy rozpoczynałam moją przygodę z biegami górskimi – mam wiarę w siebie. Pierwszy raz poczułam to kiedy przegrałam o trzecie miejsce na ultramaratonie w Krynicy. Pokonana o 6 sekund na 64-kilometrowej trasie przez mocną biegaczkę górską czułam się jednocześnie wygrana, bo po raz pierwszy w życiu uwierzyłam w swoje możliwości w górach. W sobotę był drugi raz, chociaż to nie były góry tylko jedna góra. Ale za to góra, którą zapamiętam! 



Komentarze ()