szczypta szaleństwa

Szybciej, mocniej, więcej!

Ostatnio zaczęłam zwracać uwagę na to jak trenują inni biegacze i biegaczki. Oczywiście - kiedy zaczynałam moją przygodę z bieganiem chętnie słuchałam porad nowo poznanych kolegów (koleżanek było dużo mniej:)), którzy mieli na koncie po kilka maratonów i kilkadziesiąt krótszych startów. Słuchałam i uczyłam się, niektóre rzeczy testowałam na sobie z różnym, jak się łatwo domyślić, skutkiem. Od jakiegoś czasu jednak z racji tego, że dużo czytam różnych książek i opracowań o treningu biegowym, interesuje mnie kwestia - jak kto trenuje. Ciekawa jestem czyja metoda ma największe wzięcie wśród biegaczy, kto biega "Danielsem", kto "Galloway'em", a kto jest fanem Skarżyńskiego.

Cóż, muszę powiedzieć, że doszłam do (dość przerażających) wniosków. Otórz - bardzo wielu biegaczy, z którymi mam okazję rozmawiać trenuje zupełnie "na żywioł". Dlaczego wydaje mi się to przerażające? Bo o ile myślę, że bieganie na wyczucie rewelacyjnie się sprawdza przy bieganiu dla zdrowia, radości i tysiąca innych powodów, o tyle już TRENOWANIE w celu poprawy wyników nie może być takie zupełnie "na czuja". Tym bardziej, że z reguły tacy biegacze po prostu się "zajeżdzają"...

W ogóle to mi wygląda na jakąś "modę" (bardzo chorą!). Oczywiście nie uniknę tu pewnej generalizacji (która nigdy nie odzwierciedla dokładnie całej populacji żadnej grupy) ale odnoszę wrażenie, że wśród biegaczy- amatorów jest tendencja, że ma być SZYBCIEJ, MOCNIEJ, WIĘCEJ. Im bardziej się zabijasz na treningach tym bardziej jesteś "niezły". Więc tłumy biegaczy (i biegaczek, które częstokroć gonią za tymi facetami) prześcigują się nazwajem w ilości przebiegniętych kilometrówek, w długości biegu tempowego i ogólnej sumie przebiegniętych w tygodniu kilometrów (im więcej tym większy "szacun").

Prawdę mówiąc przyznaję, że jakiś czas temu sama miałam przez pewien czas takie "parcie" żeby każdy trening był ciężki. Fakt faktem, że biegam maksymalnie 4 razy tygodniowo (dobrze, że chociaż nie zarzuciłam mojej zasady, że musi być odpoczynek między treningami). Pewnie to właśnie uchroniło mnie przed kontuzjami! na poczatku zeszłego tygodnia jednak poczułam się ogólnie przemęczona. I to nie było poprostu zmęczenie, bo zmęczona niestety bywam ostatnio często (choćby dzisiaj, bo ostatnie 3 noce Mała niebardzo dawała nam się wyspać). To było po prostu "przemęczenie mechanizmu".

Biegowe doświadczenie od razu kazało mi "wziąć pare dni wolnego" jeśli chodzi o treningi (dzięki czemu wczoraj spokojnie zrobiłam sobie długie wybieganie na 21km i czuję się DOSKONALE). Jednak w dniu, w którym poszłam na trening z założeniem, że będzie to spokojne bieganie na maksymalnie 10km wywołałam tym stwierdzeniem burzę zdziwienia wśród moich znajomych z biegowych ścieżek. Bo przecież ja zawsze gnam, na pewno tylko tak gadam, a zaraz wyrwę do przodu itd. Pozostałam przy swoim i przebiegłam dość wolno około 9km za co mój organizm podziękował mi lepszym samopoczuciem następnego dnia. To nasze wzajemne przekomarzanie się pół żartem pół serio dało mi jednak sporo do myślenia o trenowaniu w ogóle... Postanowiłam nieco zmodyfikować mój trening (do czego przekonał mnie kolega osiagający coraz lepsze wyiki w ostatnim sezonie). To z kolei nasunęło kolejne refleksje - dobrze jest biegać w grupie, bo cały czas człowiek uczy się czegoś nowego. O bieganiu, o treningu, o sobie...

 

 



Komentarze ()