Bieganie poza utartymi szlakami...

Rozmowa z samą sobą... i niemożliwe 20km na Pucharze Maratonu

imposible funGodzinę temu wróciłam do domu. Z czwartego biegu w Pucharze Maratonu DOZ - 20km - czyli 4 pętle przez las w Arturówku. Spodziewałam się, że wiatr będzie urywał głowę (mimo osłony drzew), spodziewałam się, że błoto będzie po kolana, a na głowę będą się lały hektolitry wody... Spodziewałam się, że mnie sponiewiera i że tym razem naprawdę mogę sobie nie poradzić, bo (delikatnie rzecz ujmując) nie byłam w nastroju, ani do biegania ani do niczego innego... Wczoraj niemal do północy siedziałam z Przyjaciółką nad winem (postawa godna sportowca, nie ma co...), próbowałam dojść do ładu z nadmiarem niezbyt pozytywnych emocji i piekłam drugie ciasto (pierwsze się spaliło, bo się zagadalyśmy, a ciasto powstać musiało bo dzisiaj mam gości:)). Kiedy na kilka minut przed północą rzuciłam wreszcie wszystko (w cholerę) nie mogłam zasnąć, a poranek nadszedł niesprawiedliwie szybko i powitał mnie pytaniem "zrobisz mleczko?". Mleczko przygotował tatuś, ale chwilę później to mamusia musiała zwlec swoje cztery litery i zmierzyć się z resztą... Życie.

Do Arturówka dojechałam trochę późno, bo nie mogłam wyjść z domu wcześniej. Trochę zabrakło czasu na rozgrzewkę. Trudno. Przede mną były 4 pięcio-kilometrowe pętle przez zaśnieżony las. Cztery pętle, które przeleciałam w zadziwiającym dziś dla mnie tempie średnim 4:32... Ale zacznijmy od początku...

Na pętli były chyba 4 dające w kość podbiegi zatem pomnożone przez 4 daje... 20? Jakoś tak się doliczyłam, ale może się mylę...  Za to warunki i tak okazały się dużo lepsze niż się spodziewałam! Z moim nastawieniem było gorzej. Co prawda buzowały we mnie ogromne pokłady wkurzenia i diabli wiedzą czego jeszcze, co dawało pewnego rodzaju nadzieję (wszak wkurzony człowiek ma tendencję do biegania szybciej), ale samopoczucie... e, nie bardzo! Pierwsze 5 kilometrów było mordengą - no tak - brak rozgrzewki zrobił swoje, człapałam pod górkę i w mojej głowie kołatały się myśli "Kobieto, zwolnij, nie dasz rady w tym tempie powtórzyć tego jeszcze 3 razy", "Po co Ci to? Jesteś zmęczona", "Odpuść ten jeden raz, nic nie musisz nikomu udowadniać". I tak zaczęła się moja rozmowa ze sobą, albo inaczej -  rozmowa z moją głową... " Pewnie, że nie muszę nic nikomu udowadniać, ale czy to znaczy, że nie mam dać z siebie więcej?", "Dam radę, przecież jestem mocna". "Co? ja mam nie dać rady?", "Nie, przecież nie będę zwalniać", "Ma być ciężko"..

Z górki frunęłam. Jeszcze na 4 okrążeniu czułam, że kiedy kończy się podbieg dostaję nowych sił, czuję się "odrodzona" i mogę biec trochę szybciej. I to dodawało mi motywacji by napierać do przodu. Na półmetku wiedziałam, że jeśli nie odpuszczę - będzie dobrze. Więc nie odpuszczałam. Rozmowy z głową trwały przez 3 pętle, bo na czwartej ogarnęła mnie po prostu wielka biegowa radość:) Wszystko, co było "nie tak" wyparowało, albo zostało po prostu w tym lesie, na śniegu. Wyobrażam sobie, że zostało zadeptane przez dziesiątki biegaczy za mną. Dobiegłam do mety z poczuciem, że dałam z siebie dużo, że zrobiłam kawał dobrej roboty i że naprawdę TO kocham. To zmęczenie, które ogarnia całe ciało, tą satysfakcję wynikającą z pokonania słabości, które zawsze gdzieś tam wylezą po drodze, ten stan... Radość, szczęście, uśmiech. Po prostu było strasznie fajnie! Czy nie o to właśnie chodzi?

Co do czasu na mecie... mój zegarek pokazał 1:32:16. W zasadzie to... zdziwiłam sama siebie. "W Warszawie polecimy 1:29" powiedział mi Maciek po biegu. Półmaraton. Na asfalcie. Za 2 miesiące. Hm... szczerze mówiąc nie myślałam o tym i... pewnie nie będe myśleć. Predkość na taki wynik jest zawrotna. Sądziłam, że jeszcze nie na ten sezon. Ale nigdy nic nie wiadomo. Nie chcę o tym myśleć. Chcę po prostu biegać i przekraczać... kolejne granice niemożliwego.

Niedługo przychodzą goście. Mam w domu spalone ciasto i... drugie ciasto, które "wyglada dziwnie":), ale za to smakuje naprawdę dobrze. Mam uśmiech na twarzy i dużo dobrej energii. Gdyby ktoś potrzebował to chyba nawet wystarczy i mogę się podzielić...

 



Komentarze ()