Półmaraton w Aleksandrowie Lódzkim (albo inaczej... półmaraton w piekle)

aleksandrow polmaratonW sobotę 15 sierpnia wzięłam udział w półmaratonie w Aleksandrowie Łódzkim. Zapisałam się przede wszystkim dlatego, że mam do tego Aleksandrowa bardzo blisko, a po drugie dlatego, że miała to  być pierwsza edycja tego półmaratonu. Regulaminu (o zgrozo!) znowu nie przeczytałam więc niemałe było moje zaskoczenie na dwa dni przed biegiem, kiedy przypadkiem dowiedziałam się, że impreza startuje nie rano, ale o 15ej! Zapowiadało się niełatwo, bo upały nie odpuszczały. Jak było? Upiornie - gorąco i ciężko. Mimo to bardzo się cieszę z tego startu i to wcale nie dlatego, że udało mi się zająć 3 miejsce w Open kobiet i 2 mojej kategorii wiekowej...

Dlaczego będę dobrze wspominać ten start? Po pierwsze dlatego, że się nie poddałam. To był najlepszy trening dla psychiki jaki mógł być. Właśnie takie sytuacje czynią z człowieka nie tylko lepszego biegacza długodystansowego, ale silniejszą osobę. Trasa półmaratonu to były 2 pętle - w 90% w pełnym słońcu w upale 31 stopni (a biorąc pod uwagę nagrzanie asfaltu mogło tam być jeszcze kilka stopni więcej). Punkty z napojami rozmieszczone były co 5km dlatego bardzo dobrą okazała się decyzja o zabraniu ze sobą półlitrowego bidonu (doświadczenie robi swoje:)). Już po 4 km miałam dosyć i to nie "trochę dosyć", ale NAPRAWDĘ dosyć mimo, że biegłam w rozsądnym tempie dużo wolniejszym niż moje możliwości (doświadczenie kolejny raz:)).

aleksandrow 2

Od 7km myslałam sobie, że na półmetku zejdę z trasy. Nie mogłam oddychać, było mi absurdalnie gorąco i w sumie zastanawiałam się po co mi taki skrajny wycisk. Na półmetku stanęłam na chwilę pod kurtyną wodną chcąc się jak najbardziej schłodzić, bo w wyniku przegrzania jakiś kilometr wcześniej zaczełąm czuć dreszcze (doświadczenie podpowiadało, że to NIC DOBREGO). 10-y km, wokół tłum ludzi, zimna woda padająca z kurtyny na moje ciało i gonitwa myśli w głowie. Zostać już tutaj? Biec dalej? Jeszcze raz TO samo, ta sama mordercza pętla? Nie trwało to długo. Zdecydowałam - biegnę, bo JA SIĘ NIE PODDAJĘ. Ruszyłam przed siebie w jeszcze wolniejszym tempie. Powoli byle do przodu. Kilometr dalej ogarnęła mnie pewność, że dam radę, a jeszcze kilometr później podkręciłam lekko tempo i przez kolejne 6km przesuwalam się w kierunku mety w równym miarowym tempie. Dopiero na końcówce znów dopadł mnie potężny kryzys i mialam wrażenie, ze ostatni kilometr nigdy się nie skończy. Tak to był jeden z najdłuższych półmaratonów w moim życiu - dosłownie i w przenośni!

aleksandrow 1Drugi powód mojej radości z tego startu to pomoc biegaczce, którą spotkałam po drodze. Przez kilka kilometrów biegłyśmy noga w nogę razem. Chwilę porozmawiałyśmy i kilka razy poczęstowałam ją wodą. Około 8 km zwolniłam, a ona utrzymala tempo do końca (szacun). Na mecie mi dziękowała i to "dziękuję" naprawdę wiele dla mnie znaczyło. Rywalizacja jest piękna. Ale równie pięknie jest móc komuś pomóc w osiągnięciu celu:)

Nie było łatwo. Ale kolejne doświadczenie za mną. Cenne i wartościowe. Jestem silniejsza niż myślałam:) Im więcej razy człowiek udowodni sobie, że nie ma niemogę tym więcej MOŻE. Bo granice są tylko w naszej głowie!

A teraz... pora postawić sobie nowy cel...



Komentarze ()