Mallorca

Pokochać 30km…

30kmTym razem będzie o długim wybieganiu, o bieganiu daleko, o zwiększaniu kilometrażu. Wszystko jedno jak to nazwiemy - "problem" jest zwykle ten sam, a mianowicie - jak to jest że niektórzy tak bardzo lubią przemierzać wiele kilometrów naraz, a inni mają problem z "doczłapaniem" do końca zaplanowanej trasy, która w rzeczy samej wcale taka znowu długa nie jest. Powiem Wam jedno - odkryłam, że to wcale nie jest takie oczywiste, że niektórzy są z takiej gliny, a niektórzy z innej i dlatego dla tych pierwszych 30km biegu to pestka, a dla tych drugich prawdziwy niemal niewykonalny wyczyn. Odkryłam, że długodystansowcem zostaje się z czasem. To tygodnie, miesiące, lata pokonywania kilometrów budują w nas siłę i wytrzymałość, która któregoś dnia ma szansę się objawić i zaskoczyć nas w najmniej oczekiwanym momencie. Spotkałam się ze stwierdzeniem, że ktoś "nie nadaje się do długich biegów". Z własnego doswiadczenia wiem, że to nie musi być prawda. Gdybym kilka lat temu z trudem kończąc wybieganie przed maratonem uznała ostatecznie, że "to nie dla mnie" nie dałabym sobie szansy na zakochanie się w dłuższych biegach, pewnie nie odkryłabym w sobie długodystansowca i nie myślałabym teraz o... jeszcze dłuższych biegach. Ale zacznijmy od początku...

Kiedyś bałam się biegać daleko. Naprawdę! Wychodziłam z domu i kręciłam się w okolicy odmierzając czas żeby „jakimś cudem przetrwać godzinę biegu”. Nie wiem ile to mogło być kilometrów, bo nie mierzyłam dokładnie, ale pewnie około 10-12-u. To był mój długi bieg. Później najdłuższy trening to było niedzielne bieganie klubowe z „KB Arturówek” – 14-15 kilometrów i to zawsze był dla mnie pewnego rodzaju wyczyn. I tak przez kilka lat. Kiedy 5 lat temu zdecydowałam się na pierwszy maraton musiałam włączyć do planu treningowego dłuższe wybiegania, ale pamiętam, że było to dla mnie okropnie ciężkie. Wybiegać 20, 25 czy 30km? –męczarnia! Przed pierwszym maratonem 30km przebiegłam jeden raz. Błąd…(ale o tym bedzie innym razem:))

Kiedy wróciłam do biegania po urodzeniu dziecka skupiłam się głównie na półmaratonach. 20-o kilometrowe treningi przestały stanowić dla mnie problem, stały się przyjemną odskocznią od domowych obowiązków, a mój najdłuższy bieg doprowadziłam do 26km, które dawały mi poczucie komfortu na starcie półmaratonu.

W tym roku nastąpił jednak przełom. Któregoś zimowego dnia nie chciał mi odpalić samochód więc pobiegłam na trening do lasu, pobiegałam z grupą jak zawsze i wróciłam do domu. Przebiegłam 29km. Czułam się zmęczona ale… szczęśliwa. Niedługo potem znów zrobiłam trzydzieści…

Teraz szykuję się do maratonu. Co dwa tygodnie biegam 30km i to jest mój ulubiony trening. W minioną sobotę wyszło mi 31,5km. Mogłabym biec dalej, ale byłam już pod domem. Niebawem planuję 35km i… nie widzę w tym nic nadzwyczajnego!

Jak to robię? Wychodzę z domu i biegnę przed siebie. Zabieram picie, chusteczki higieniczne, coś słodkiego na wszelki wypadek…  i biegnę. Krok za krokiem, kilometr za kilometrem, przed siebie. Czasami o czymś myślę, układam sobie w głowie różne sprawy, planuję. Czasami nie myślę o niczym bo moja głowa domaga się odpoczynku więc tylko noga za nogą – do przodu. Odnotowuję 20-y kilometr, 25-y i 30-y. Biegnę. Moje ciało i umysł tworzą jedność, czuję jak powietrze dociera do płuc, czuję jak krew krąży mi w żyłach i jak w moim krwioobiegu buszują endorfiny. Bywa, że na moment ciało i umysł przestają współpracować i to zawsze głowa musi się dopominać, żeby nogi bardziej się postarały. Ale biegnę przed siebie. Długie wybieganie to naprawdę mój ulubiony element w treningowej układance. Nogi bolą dużo mniej niż kiedyś, ale zmęczenie po takim wybieganiu ma inny wymiar niż po „zwykłym” treningu. Satysfakcja osiąga zenit. Mam wrażenie, że mogłabym przebiec maraton choćby jutro. Oczywiście nie w dobrym czasie, ale świadomość, że najpewniej dałabym radę pokonać dystans maratoński tak, ot… jest niezwykle budująca.

Czy to te wszystkie lata biegania zrobiły ze mnie wreszcie długodystansowca? Zakładając, że w tym sporcie liczy się nie tylko bieżący sezon, ale także każdy poprzedni – chyba tak właśnie musiało być. To pokazuje jednak jak bardzo trzeba być niekiedy cierpliwym, żeby… pokochać coś co było kiedyś trudne, co sprawiało kłopot. Okazuje się, że (przynajmniej w moim przypadku) nie wystarczyło po prostu stopniowo zwiększać kilometrażu przed jednym czy dwoma maratonami. Żeby naprawdę pokochać dłuższe dystanse musiałam przebiec najpierw wiele trudnych kilometrów. Warto było – to wiem na pewno i zastanawiam się dokąd mnie jeszcze zaprowadzi ta biegowa przygoda. Biegam coraz dalej i dalej i im dalej tym bardziej mnie to kręci.

 



Komentarze ()