szczypta szaleństwa

Po co mi to całe ultra?

Za miesiąc w czerwcowy piątek późnym wieczorem stanę na linii startu Lavaredo Ultra Trail. To jeden z najpopularniejszych górskich biegów ultra w Europie, a mój pierwszy tego typu bieg poza granicami kraju. Nigdy wcześniej nie byłam w Dolomitach i szczerze mówiąc nie wiem do końca czego się spodziewać (poza bólem, bo, że boleć będzie to wiem - w końcu mówimy o 119 kilometrach trasy!). Mogłabym tutaj napisać teraz jak wielkim to jest wyzwaniem, ile miesięcy się przygotowuję i jak strasznie ważny jest dla mnie ten bieg. Cóż, muszę was rozczarować! Moje podejście do tego startu jest zdecydowanie ambiwalentne...

Odczuwam strach związany z dystansem. Wciąż pamiętam jak się czułam na 100-kilometrowej trasie Biegu 7 Dolin (że ja wtedy nie umarłam to naprawdę chyba cud;)) Obawiam się także startu późnym wieczorem, bo to oznacza całą noc na szlaku... w ciemności, zimnie i samotności (tak, tak wiem, że będzie tam sporo innych uczestników, ale każdy kto biegł ultra wie jak to faktycznie wygląda kiedy wszyscy rzucają się przed siebie w ciemną noc...). Nie jestem pewna swojego przygotowania (a właściwie to czuję się nie do końca przygotowana, bo po maratonie miałam zwiększyć kilometraż, a nie bardzo mi to wyszło...). No dobra - STRACH JEST PO TO, ABY GO PRZEŁAMYWAĆ. Taaak...

trasa lavaredo

Jestem trochę zaintrygowana jak to będzie, bo w końcu to nowe tereny, widoki, których nie znam i wyzwanie jakiego jeszcze nigdy wcześniej się nie podjęłam. Więc to musi budzić jakieś tam emocje. Podobno Dolomity są piękne. No dobrze więc jestem ciekawa. Ale... 

Nie jestem też pewna po co ja w ogóle startuję w tym biegu... Pytanie niby kompletnie "od czapy" a jednak! No ludzie, logicznie rzecz ujmując - po co człowiek się porywa na udział w 119- kilometrowym biegu? Żeby się sprawdzić? Na pewno (ale nadal... po co?), żeby przeżyć przygodę? Niewątpliwie (ale mogę sobie wyobrazić przyjemniejsze przygody!), żeby podziwiać widoki? Z pewnością będą majestatyczne (ale pamiętam z kilku biegów górskich, że na pewnym etapie oglądanie widoków spada na bardzo odległe miejsce w hierarchii potrzeb ultramaratończyka:)) Jest jeszcze opcja, że robię to dla poklasku - przecież na pewno wrzucę stosowne informacje na facebooka. Ale nie - dla poklasku to mogłabym sobie wystartować w jakimś lokalnym biegu i zdobyć puchar, pewnie by wystarczyło na poklask;), nie trzeba zaraz zarzynać się na 119 kilometrach i ryzykować zdrowiem!!! No więc PO CO? Odpowiedź jest jedna - NIE WIEM! Ale mam nadzieję, że to odkryję kiedy już tam będę! W końcu przed setką w Krynicy też nie bardzo wiedziałam "po co mi to", a wyszła z tego inspiracja do książki i wiele opowieści... Wspomnienia pozostały i dają siłę w trudniejszych momentach; niektóre z perspektywy czasu są trochę zabawne, inne mogą inspirować...No zobaczymy...

Kiedy się zapisywałam na ten bieg kilka miesięcy temu moje nastawienie było zupełnie inne. Wtedy nie pytałam "po co mi to?", po prostu się zapisałam gdzieś z tyłu głowy mając już kolejne "wielkie plany", których Lavaredo miało być tylko częścią. Teraz nie wiem jakie mam plany, bo nie wiem czego chcę od tego całego biegania.Ha! Życie się zmienia, marzenia się zmieniają więc plany też mogą ulec transformacji. Specjaliści od rozwoju osobistego twierdzą, że zmiany zawsze są dobre, bo wnoszą nową energię w nasze życie, inspirują i sprawiają, że otwieramy się na nowe. Nie lubię jednak rezygnować z wyzwań więc... Voila. Za miesiąc stanę więc na starcie w Cortina d'Ampezzo i... będzie co ma być! Taka szczypta szaleństwa:

mappa lut

Być może dowiem się jeszcze czegoś o sobie albo zrozumiem lepiej czego chcę od mojego biegania. A może nie tylko od biegania... Kiedy człowiek jest sam na sam ze sobą, z przyrodą i z bólem przez 119 kilometrów to możecie mi wierzyć, ze niejedno mu przychodzi do głowy (choć skłamałabym mówiąc, że przez większość czasu nie toczy po prostu walki z własną głową o to czy zejść czy nie zejść z trasy:)) Ha, oby to ostatnie jak najmniej!!!:):):) Trasa budzi respekt. Dam radę???? 

 

 



Komentarze ()