Bieganie poza utartymi szlakami...

Pierwsze śnieżne bieganie

sloneczny sniegJak mi się nie chciało dziś wyjść z domu! Naprawdę - to się nieczęsto zdarza tymbardziej kiedy za oknem przepieknie świeci słońce i wszystko błyszczy w tym świetle. A jednak! Myślałam, że zasnę jedząc śniadanie; nie pomogła kawa... O 10 jeszcze byłam bez skarpetek i... zastanawiałam się jak bedzie wygladał dziś mój trening! Jechać samochodem do Łagiewnik i tam biegać 20km... trochę mi się nie uśmiechało, bo wszyscy znajomi dziś na Półmaratonie Świętych Mikołajów w Toruniu. Czułam sie totalnie bez sił; jak balon, z którego wypuszczono powietrze! To chyba efekt nagromadzonego zmęczenia po całym tygodniu, bo dużo się działo, sporo robiłam (nie tylko treningowo) i niezbyt wcześnie chodziłam spać. W piątek spędziłam 16 godzin poza domem ponieważ wybrałam się na spotkania do Warszawy. A wczoraj po południu, jakbym miała nadmiar energii, poleciałam zrobić Wielkie Zakupy Świąteczne. Na szczęście miałam z grubsza wymyślone co dla kogo w tym roku przyniesie Mikołaj pod choinkę więc całość polegała na tym, żeby zlokalizować wszystko. I wrócić do domu o rozsądnej godzinie bo... jeszcze czekała mnie praca. Cóż, pracowity mam ten grudzień. Ale nie ma co narzekać...

O 10:10 ze zdumieniem zobaczyłam w moim planie treningowym, że dzisiaj miało być nie 20, a 25km. Jeszcze" lepiej"... Decyzja zapadła.Trzeba wziąć się w garść. Kilka minut później biegłam już ulicą w kierunku Łagiewnik. Samochód został pod blokiem, a przede mną było niedzielne rozleniwione miasto, ulice przykryte lodem i... jasny wyraźny cel. Gdybym napisała teraz, że chwilę później poczułam się już rewelacyjnie - skłamałabym. Dzisiaj naprawdę było mi ciężko. W Lesie Łagiewnickim przypadkiem spotkałam Agatę i Janka. Agata pobiegła kilka kilometrów ze mną, co bardzo mnie ucieszyło, bo dawno się nie widziałyśmy - to po pierwsze. A po drugie - razem łatwiej!

Ostatecznie przebiegłam dziś 26 kilometrów. W drodze powrotnej pomogłam zepchnąć na pobocze drogi popsuty samochód (co wskazuje na to, że moja obecność się przydała komuś na coś:))Średnie tempo - 5:13.  Zabawne, że najlepiej biegło mi się ostatnie 5km. Czy to dobrze rokuje na maraton? Będę tak myśleć, bo pozytywne myślenie ponoć pomaga w wielu rzeczach. 

Teraz najchętniej (absolutnie najchętniej!) przytuliłabym się do poduszki (męża przepraszam:)) i zdrzemnęła chociaż godzinkę. Tymczasem trzeba się wyszykować, dziecko wyszykować i ruszać na imieniny... do rodziny. Zbieram się więc. Jest dobrze. Ostatecznie uwielbiam uczucie takiego potreningowego zmęczenia. Czuję, że żyję!



Komentarze ()