Bieganie poza utartymi szlakami...

Najlepsza pizza...

Uff - to był ciężki dzień. Treningowo ciężki, bo mam za sobą pracę nad szybkością (wyszło 10x400m z 200m truchtu w przerwach:)). Godzinka odpoczynku i basen. Odpoczynek to było "utykanie" rzeczy po szafkach żeby moi rodzice nie przewrócili się w progu:) I tak nie zdążyłam oprzątnąć , bo zjawili się wcześniej i powitał ich przyjazny, radosny chaos niekontrolowany i moje rozradowane, wreszcie zdrowiejące dziecko. Urok osobisty Małej przesłania jednak wszystko - i chwała jej za to!

Z basenu wróciłam padnięta mimo, ze przepłynęłam połowę tego, co mój mąż traktując basen raczej jako lekarstwo na wciąż dokuczający mi kręgosłup. Po dwóch godzinach nastąpiła fantastyczna chwila - zasłużony posiłek. W menu pizza - i to najlepsza - przygotowana własnoręcznie przez mojego małżonka! Z reguły (tak - domowej roboty pizza stała się u nas pewnego rodzaju "regułą":)) posypujemy ją zwykłym startymm zółtym serem. Dzisiaj Janusz zaserwował nam "wykończenie" z mozarelli. Pizza wyjęta z piekarnika prezentowała się jak w reklamie:) Smak - istne niebo w gębie (jaz zawsze z resztą...). Nie ma co - mam naprawdę zdolnego męża! Pizza to nie wszystko: przy okazji powstał jeszcze wieloziarnisty chlebek i dwie bułeczki:) Mniam. Będzie pyszna energia na jutrzejsze mroźne bieganie:)

 



Komentarze ()