szczypta szaleństwa

Moda na... klepanie kilometrów i bycie extra fit

Od kilku lat trwa w Polsce moda na bieganie. Przybyła do nas (a jakżeby inaczej) z zachodu, zza oceanu z kraju, który uwielbiam za dziesiątki rzeczy i wcale nie mam oporów, żeby głośno się do tego przyznać. Bo USA naprawdę można pokochać. Bieganie pokochać można również o czym niejednokrotnie już pisałam. Jeszcze kilka lat temu biegali nieliczni. Teraz biega prawie każdy. Jak? Najlepiej jak najdalej, jak najmocniej, jak najbardziej hardcore'owo. Taka moda. Głupia trochę, ale z modą nie będę polemizować. Różnorakich grup treningowych jest bez liku, przynajmniej w większych miastach trudno dokonać wyboru, do której się przyłączyć. Ale w jednym wszystkie są podobne - gdzie się nie pójdzie spotyka się biegaczy, którzy zdają się mieć obsesję na punkcie liczby przebieganych tygodniowo (czy miesięcznie) kilometrów!

trening do maratonu2016

jakość a nie ilość (kilometrów - i nie tylko!)

 

- A ile razy w tygodniu trenujesz? - A ile kilometrów biegasz? - A jakie długie wybiegania robisz? - A w jakim tempie? Bo kolejne topowe pytanie wśród biegaczy to oczywiście tempo biegu. I lepiej się nie przyznawać, że zbyt wolno, bo znajdą się tacy, którzy będą się dziwić (albo co gorsza - wydziwiać). Na ustach tłumów są osobnicy (i osobniczki), którzy "trenują jak szaleni", "robią taaaaki kilometraż" i oczywiście stają "na pudle" podczas lokalnych zawodów. No dobrze - za wyniki warto chwalić, miło jest gratulować i podziwiać ciężką pracę treningową, która przyczyniła się do sukcesów. Bo jak wiadomo bez pracy się nie obejdzie...

W tym całym biegowym środowisku jednak przeszkadza mi jednak właśnie chyba "kult kilometrów". Sama dałam mu się ponieść ze dwa lata temu szykując się do mojego pierwszego znaczącego biegu ultra - na 100km. Trudno nie zgodzić się z tym, że aby przygotować się do biegu na takim dystansie TRZEBA nabiegać konkretne kilometry. Ale z własnego doświadczenia, z literatury i z rozmów z trenerami i fizjoterapeutami znającymi się na bieganiu wiem, że ważniejsza niż ilość jest JAKOŚĆ tych przebiegniętych kilometrów. A także wszystko to, co robimy treningowo poza samym bieganiem czy też "klepaniem pustych kilometrów". To nie sztuka wyjść z domu, przebiec 30 kilometrów po okolicy, wrócić i wziąć prysznic. Sztuką jest zrobić to tak żeby sobie nie zaszkodzić i żeby taki trening przyniósł jak najlepszy efekt. 

zdrowe jedzenie

fit żarcie jest OK (ale bez przesady!)

 

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie po części rozmowa telefoniczna z bardzo interesującym człowiekiem, którego miałam okazje poznać całkiem niedawno. Pan Jagoda, bo o nim mowa prowadzi bloga, świetnie biega i przekonuje do pracy nad techniką biegową i nad całym ciałem. Mnie nie trzeba już jakoś specjalnie przekonywać, bo ostatnio do własnych poszukiwań w tej materii zmusiło mnie samo życie. Od 2 lat borykam się z problemami, które trudno jednoznacznie nazwać kontuzją, a które jednak znacząco uprzykrzają mi życie uniemożliwiając co jakiś czas oddawanie się biegowej pasji. Biegam 16 lat i wierzcie mi - w tym czasie "naklepałam" bardzo dużo kilometrów. W międzyczasie jednak zaniedbałam wiele innych elementów i to właśnie te zaniedbania wyłażą teraz w postaci mniej lub bardziej uciążliwych dolegliwości bólowych. To z tego powodu przez 8 miesięcy w zeszłym roku męczyłam się z bólem stopy, który wyciskał mi łzy z oczu na trasie kilku maratonów. I to z tego powodu zmuszona zostałam zrezygnować z wyjazdu w Dolomity pod koniec czerwca. 

szczypta

szczypta pozytywnego szaleństwa i braku umiaru jest ekstra :)

 

Szczypta biegowego szaleństwa jest super. Jakiś szalony bieg od czasu do czasu, nowe przeżycie, moc pozytywnej energii na treningu, szalony bieg ze znajomymi przekraczający niemalże granice naszych możliwości. To się przydaje. To motywuje. To dodaje życiu pikanterii i sprawia, że czujemy że da się mocniej, pełniej, więcej. Tak, ale... niech to "na wyrost" nie będzie normą, bo łatwo przegiąć mówiąc kolokwialnie. Uwielbiam eksploatować moje ciało. Notabene - uważam, że od tego ono jest żeby je eksploatować, bo siedzenie w miejscu i "oszczędzanie się" jest zwyczajnie nudne. Ale regeneracja jako taka jest ważna. Dbanie o siebie, o równowagę, o to eksploatowane ciało i umysł - to naprawdę istotne.

regeneracja potreningowaspędzenie czasu w inny sposób niż na treningu lub planowaniu treningu też jest OK :)

 

Nie chodzi tutaj tylko o ćwiczenie "dodatkowych" elementów żeby zapobiegać kontuzjom. Chodzi o to żeby życie biegacza - amatora nie było całkowicie podporządkowane bieganiu. Bo nikt tu nie walczy o mistrzostwo świata. Wyniki wynikami (jeszcze coś tam kiedyś nabiegam - a jakże!) ale jest tyle innych naprawdę fascynujących rzeczy, które można w życiu robić - nie, nie zamiast biegania, ale obok biegania. I tak się składa, że może wiele tych rzeczy nie pomaga w osiąganiu wyników sportowych, może nawet się z tym kłóci...

Bo podróże są męczące, dobre jedzenie nie zawsze super dietetyczne, a czytanie ciekawych książek lub spotkania z interesującymi ludźmi mogą przeciągać się do późnego wieczora itd... Ale co z tego? Nie wiem jak wy, ale ja nie chcę być na diecie - bezglutenowej, bezcukrowej, bezmięsnej czy w końcu bezsmakowej. Nie chcę chodzić spać codziennie punktualnie o 22 z myślą o tym, że rano mam trening i muszę spać książkowe 8 godzin. Nie chcę rezygnować ze spotkania ze znajomymi przy piwie z powodu treningu i nie chcę żyć 24h/dobę tylko treningami i bieganiem  - chociaż kocham sport i popieram zdrowy aktywny styl życia...

 



Komentarze ()