Bieganie poza utartymi szlakami...

Matka biegaczka ma przerąbane...

Od razu zacznę od tego, że ten wpis nie ma na celu narzekania. Jest jak jest. Nie marudzę. Idę do przodu-  nieważne co się dzieje i żeby była jasność - nie zamierzam się nad sobą użalać a już na pewno nie zamierzam się poddawać!  Ale powiedzieć co myślę (i czuję) mogę - zatem - proszę bardzo. Oto dlaczego generalnie matka- biegaczka ma przerąbane. Od dwóch lub trzech tygodni (nie pamietam dokładnie, ale to trwa już dłuższy czas) mam w domu non stop kaszle, gile, smarki, stany podgorączkowe lub wysokie gorączki, rzyganie, s... anie i tym podobne przyjemności, które niestety mają tą jedną piekielną właściwość, że łatwo przechodzą z człowieka na człowieka...

Czytam na facebooku jak to niektórzy znajomi (tak się składa, że akurat sami mężczyźni - ciekawe...) trenują sobie super intensywnie na obozach biegowych pod specjalistyczną opieką trenerów, dietetykow i diabli wiedzą kogo jeszcze. A jak nie na obozach to po prostu trenują intensywnie z myślą o najblizszych startach. Od conajmniej dwóch lat marzę o górskim obozie biegowym, ale nie ma szans, żebym wyrwała się na taką zaprawę. Mimo, że mój mąż pomaga ile się da to jednak - to ja jestem matką i nawet jeśli teraz to on siedzi chory z chorym dzieckiem w domu to jednak ja ogarniam nasz świat wokół. Od rana zakupy, gotowanie, przyrządzanie, sprzątanie i oczywiście praca.

Wszechobecne dyskusje o zakresach treningowych, o planach na najbliższe październikowe starty nie są mi obce, ale... tym razem jestem głównie widzem. Nie znaczy to, że nie biegam. Notabene, właśnie niedawno rozpoczęłam przygotowania do listopadowego maratonu. Mam 5 tygodni do wyszlifowania super formy i... liczę na cud. Codziennie wstaję w nocy do zasmarkanego dziecka, czasem nie mogę zasnąć, czasem muszę budzić się kilka razy. Poddaję się kichaniu, prychaniu i smarkaniu. Wytrwale wietrzę w domu i szprycuję się wszystkim co możliwe. Pewnie śmierdzę czosnkiem, który stał się jednym z głównych składników mojej diety. Mam dość glutów bardziej niż czegokolwiek innego, nienawidze instytucji przedszkola z całego serca, a jednocześnie jestem wdzięczna systemowi, że takową instutucję stworzył. Generalnie - matka biegaczka ma przepaprane!

Dziecko nawet nie czuje się najgorzej; przykro patrzeć jak kaszle, ale generalnie tragedii nie ma. Ale wszyscy rotkliwiają się nad maluchem - co kogokolwiek obchodzi, że padam z nóg po w połowie nieprzespanej nocy i nie mam siły na trening? Też mi fanaberia. Jedna kawa, druga kawa... ból głowy. Nieważne. Ok, ulżyłam sobie tym postem, wywaliłam to co czuję i myślę. Teraz czekam na krytykę matek - polek stworzonych do wszelkich poświęceń i wszystkich innych, którzy tylko mają chęć krytykować:) Prosze bardzo - droga wolna:) A ja tymczasem zwlekam moje zmęczone ciało od biurka i ... lece do lasu ciesząc się, że dziś tylko lekkie rozbieganie. Może dziś noc będzie dłuższa, może jeszcze mnie nie chwyci żaden syf- wirus i dam radę sprostać jutrzejszemu cięższemu wyzwaniu...

 



Komentarze ()