Maraton Karkonoski czyli znaleźć w sobie siłę do walki

20150801 120840W niedzielę po południu wróciłam ze Szklarskiej Poręby, gdzie dzień wcześniej przeleciałam 46km przez Karkonosze w ramach Maratonu Karkonoskiego. Tym pięknym akcentem zakończyłam 2-tygodniowy urlop, który w tym roku spedziłam... nad morzem. Tak, tak - to nie błąd, ale rzeczywistość, która w ostatnich kilku dniach była nieco szalona. Nie powiem żeby po całodziennej podróży znad morza w towarzystwie dwójki rozbrykanych krzyczących dzieciaków chciało mi się przepakowywać i zaraz ruszać w kolejną podróż na drugi koniec Polski. Nie chciało mi się, bo znad morza wróciłam potężnie zmęczona - powietrzem, codziennym tachaniem gratów, a przede wszystkim posiadaniem oczu wokół całej głowy, uszu odpornych na wrzaski i cierpliwości godnej buddyjskiego mnicha (którym niestety nie jestem:)). Prawdę mówiąc marzył mi się spokojny weekend z książką i butelką schłodzonego szampana...
Zamiast tego czekało na mnie WYZWANIE. Na Maraton Karkonoski zapisałam się na początku września rok wcześniej, bo wtedy właśnie otworzono zapisy na ten ponoć najpiękniejszy bieg górski w Europie Centralnej. Taka reklama i kilka opinii znajomych zrobiły swoje - musialam sprawdzić jak tam jest.

20150801 080428

Gotowa do drogi!

W ostatniej chwili zmieniałam miejsce noclegu, po tym jak dowiedziałam się, że to, które sobie zarezerwowałam jest aż 4km od startu (pomysł nocowania tam skutecznie wybili mi z głowy jadący ze mną znajomi, którzy brali już wcześniej udział w Maratonie Karkonoskim). Wahalam się dłuższą chwilę, ale na szczęście uległam namowom i zdecydowałam się zamieszkać tuż przy starcie/mecie imprezy! Ludzie - nie próbujcie nigdy robić tego inaczej! Zapewniam Was, że po przekroczeniu linii mety pod Szrenicą nie będziecie mieli najmniejszej ochoty SCHODZIĆ kilka kilometrów w dół Szklarskiej Poręby (nie muszę wspominać, że przed startem lepiej nie podchodzić tych kilku kilometrów w górę:))

20150801 082806

Start biegu koło kolejki linowej na Szrenicę

Start biegu był o 8:30. Od razu podbieg, a w zasadzie już po krótkiej chwili podejście, bo tam, gdzie jest stromo pod górę zdecydowanie lepiej podchodzić (chyba, że jesteś profesjonalistą i pretendujesz do wygranej). Nie miałam żadnych założeń czasowych, bo z zasady kiedy startuję gdzieś pierwszy raz - w górach i nie znam trasy - takich założeń nie robię. Tu nie można przewidzieć jak na asfalcie, że tempo będzie takie czy takie... Poza tym naprawdę czułam się bez sił. Do czasu!

20150801 120835

Większość trasy patrzyłam pod nogi, żeby się nie potknąć więc nie miałam czasu robić zdjęć:)

Góry mają magiczną moc - przynajmniej tak działają na mnie. Nie wiem czy to kwestia powietrza, widoków, atmosfery, adrenaliny czy wszystkiego tego razem, ale w cudowny sposób potrafią nie tylko uleczyć moją duszę (kiedy tego potrzebuję), ale dodają mi siły. W połowie drogi (dokładnie na szczycie Śnieżki) pierwszy raz od startu zerknęłam na zegarek. 3 godziny i 6 minut... To wtedy obudził się we mnie DUCH WALKI. Może jest szansa na złamanie 6 godzin? Zbieg ze Śnieżki przyniósł ze sobą pierwszy kryzys związany z kamieniami, które utrudniały płynny bieg... Niedługo później nadszedł czas na najgorszy fragment trasy - ścieżkę usłaną "cierniami" w postaci skał i kamieni, o które potknęłam się tyle razy, że do tej pory uważam za istny cud fakt, że nie rozbiłam się na tej drodze! To jest właśnie największa trudność w górach - nawet jeśli masz siłę by biec, wydolność jest OK i nogi wcale jeszcze tak nie bolą, może cię spowolnić nieprzyjazne podłoże.

20150801 094353

Jedna z najłatwiejszych dróg:)

W Karkonoszach ostatecznie odkryłam moją mocną stronę - wyprzedzałam dużo osób pod górę; niektórzy klnęli widząc kolejną górę przed sobą, a na mnie nie robiło to wrażenia. Moją słabością są jednak zbiegi. Mam zbyt bujną wyobraźnię. I za małe doświadczenie. Te dwie rzeczy ze sobą w parze bardzo mnie spowalniają. Kiedy w głowie widzę jak się potykam o nierówności terenu, jak z impetem lecę twarzą i kolanami na wystające twarde skały... zwalniam. Biegnę asekuracyjnie. I tracę na tym sporo czasu.

Tym razem "stracilam" 21 sekund:) Tyle mi ostatecznie zabrakło do "złamania" 6 godzin na Maratonie Karkonoskim. Chociaż ostatnie 4km gnałam jak szalona (tutaj była już szeroka gładka droga w dół) nie udało mi się prześcignąć czasu. Wynik jednak i tak absolutnie mnie zaskoczył. Nie sądziłam, że mogę pobiec to tak szybko. Dotarłam na metę jako 9 kobieta. Szczęśliwa do granic możliwości.

20150801 144432

Na mecie organizator zafundował biegaczom "raj" w postaci basenu z lodowatą wodą.

Maraton Karkonoski - kolejne piękne wrażenia do mojej życiowej kolekcji. Czuję się o wiele bogatsza niż przed wyjazdem:) Warto było!



Komentarze ()