zyje sie tylko raz

I Półmaraton Dwóch Mostów - niełatwa walka zwieńczona osobistym sukcesem

Ukończyłam dziś czwarty w tym roku półmaraton. I choć po zeszłotygodniowym starcie w Pile nie miałam wielkich oczekiwań względem wyniku, ostateczny rezultat bardzo pozytywnie mnie zaskoczył: dotarłam na metę jako 3-a kobieta. Nie obyło się jednak bez walki - żeby zdobyć to miejsce musiałam wyprzedzić po drodze dwie rywalki. Obie udało mi się prześcignąć dopiero na drugiej pętli i to niemałym wysiłkiem. Po piątym kilometrze postanowiłam jednak zaryzykować - nie zwalniam - powiedziałam znajomemu, z którym biegłam - najwyżej będę "umierać" na końcu. Opłaciło się zaryzykować. Na końcu nie umierałam. Przeciwnie - dostałam "wiatru w żagle":) Czyżby pojawił się u mnie efekt superkompensacji po starcie w zeszłą niedzielę? Chyba coś w tym musi być, bo trasa płockiego Półmaratonu Dwóch Mostów do łatwych nie należała!

 

Dwie pętle pełne podbiegów, zbiegów i zmian nawierzchni. Tak, w bardzo telegraficznym skrócie mogę opisać płocką trasę. Była też malownicza - szczególnie kiedy biegliśmy mostami, jednak kiedy teraz o niej myslę przychodzi mi do głowy jedno określenie - ciężka! Na 6-ym kilometrze pierwszy podbieg - pod Most Solidarności. Wydawało mi się, że jest stromo, wyobrażałam sobie, ze trzeba będzie mniej więcej za 10km pokonać ten podbieg jeszcze raz. Jak się okazało to było tylko małe preludium przed tym, co czekało nas pod koniec pętli. Dość ostro pod górkę, kawałek po płaskim, dalej pod górkę i lekki zbieg, znów pod górkę... 

 

Biegłam przez cały czas za moim kolegą z klubu biegacza, Piotrkiem. Trzymałam się jakieś 150 metrów za nim mając jeden główny cel - dogonić go:) Trzymając sie uparcie tego celu mniej wiecej na 12 kilometrze zaczęłam nieznacznie przyspieszać i powoli, stopniowo mijać kolejnych biegaczy. Na moście minęłam jedną  biegaczkę. Wydawało mi się, że pedzę (chociaż średnie tempo wyszło około 4:37/ km) i gdzieś z tyłu głowy miałam cały czas podbiegi pod koniec trasy. Ignorując jednak ostrzeżenia głowy, że czeka mnie przecież coś ciężkiego pod koniec i może warto byłoby zachować na to trochę sił, uparcie parlam do przodu zmniejszając dystans dzielący mnie od Piotrka:) Zobaczyłam, że minął kolejną biegaczkę. Wtedy chyba obudziła się we mnie wojownicza dusza bo postanowiłam sobie, że też ją wyprzedzę i... nie odpuszczę. Wyminęłam ją na dość stromym podbiegu gdzie przypominałam sobie treningi pod górke, które serwowałam sobie tego lata. To jest właśnie główna zaleta takich treningów (poza oczywistym budowaniem formy:))  - działanie na psychikę! Kiedy trenujesz w ten sposób to po prostu wiesz, że jesteś w stanie biec pod górkę. 

 

Mniej więcej na 2 kilometry przed metą dogoniłam Piotrka! Voila... chciałoby się powiedzieć. Niestety, finalnie zabrakło mi sił żeby razem z nim wbiec na metę i ostatecznie dotarłam tam kilkanaście sekund później:) Dzięki tej ambicjonalnej gonitwie wywalczyłam jednak trzecie miejsce w open, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Tym bardziej, że organizator nie żałował nagród:) 

W sumie nasz klub biegacza wywalczył kilka wyróżnień. Czekaliśmy na finał imprezy i rozdanie nagród najpierw posilając się po biegu, a później ogladając występ orkiestry grającej na bębnach. Współny wyjazd uznaliśmy za bardzo udany:)

 

Uff... wszystko wskazuje na to, że to był mój ostatni półmaraton w tym roku. I chyba dobrze bo przez te dwa stary tydzień po tygodniu dają o sobie znać różne dziwne części mojego ciała! Chyba czas "chwilę" odpocząć od ostrzejszego biegania... zanim na dobre przesadzę...



Komentarze ()