szczypta szaleństwa

GPSy ,komputery treningowe, Androidy, aplikacje, logowania, networking i inne cuda... Po co to wszystko do biegania?

Zacznijmy od tego, że od kilku miesięcy zastanawiałam się nad zainstalowaniem sobie na telefonie jednej z popularnych ostatnio aplikacji treningowych dla biegaczy. Wszystkie te oprogramowania, bez względu na firmę, łączą się z GPSem, pokazują przebiegnięty dystans na mapie, mówią (dosłownie) jaki dystans przebiegłaś i w jakim tempie. Niektóre mają jeszcze inne cuda, jak np. licznik spalonych kalorii, progres w stosunku do poprzedniego biegu no i oczywiście obowiązkowe w tych czasach połączenie z Facebookiem... Ponieważ programy te są darmowe, a do ich obsługi wystarczy jedynie telefon z oprogramowaniem Android i włączona usługa internetu, jest to dobre wyjście dla wszystkich początkujących biegaczy, którzy nie zainwestowali jeszcze w drogie zegarki treningowe z wbudowanmh GPSem lub dla tych biegowych "wyjazdaczy", którzy jeszcze nie dorobili się profesjonalnego sprzętu lub z jakiegoś powodu nie zdecydowali na jego zakup...

 

Ponieważ początkującą biegaczką zdecydowanie nie jestem, wszystko wskazuje na to, że należę do tej drugiej grupy. Nie mam zegarka treningowego z GPSem. Myślałam nawet ostatnio, żeby taki nabyć, ale pomijając ceny, przetestowałam jeden model i zupełnie mnie rozczarował... Jeden model to za mało, żeby powiedzieć cokolwiek - oczywiście! Jednak wciąż słyszę jakieś tam narzekania moich kolegów na te zegarki. A to się "zawiesił", a to pasek sie rozwalił, a poza tym niby biegniemy wszyscy razem, a każdy komputer treningowy pokazuje coś trochę innego... Jeszcze się nie przekonałam, a bywają momenty, kiedy... wkurza mnie ta cała obsesja patrzenia na zegarek jak na wyrocznię... Ponieważ jednak doszłam do takiego etapu w moim biegowym życiu, że przynajmniej na niektórych treningach potrzebuję znać swoje tempo... to nie ma więc wyjścia - czas się unowocześnić! Pomyślałam więc, że zainstalowanie sobie programu treningowego w telefonie będzie dla mnie najlepszym wyjściem. 

 

Pierwsze "schody" zaczeły się przy "załatwianiu" nowego telefonu, bo okazało się, że moje unikanie modelu z ekranem dotykowym, w momencie, kiedy zaczęły sie pojawiać na rynku... nie wyszło mi na dobre. Mój telefon nie posiadał oprogramowania Android więc siłą rzeczy żaden program nie mógł być na nim zainstalowany! Załatwiłam więc sobie telefon...

Drugi "problem" pojawił się z internetem. Mimo, że wykupiłam odpowiedni pakiet u mojego operatora przez 2 dni nie mogłam się połączyć z netem. Dwa razy rozmawiałam z konsultantem, który bardzo uprzejmie informował mnie, że wszystko "powinno działać". O, jak mnie w końcu wkurzył ten stoicki spokój... Trzeciego dnia prób uruchomienia internetu byłam już tak zła, że zadzwoniłam bezpośrednio na "pomoc techniczną". Sporo mnie kosztowało zachowanie spokoju i miłego tonu rozmowy, tym bardziej, że dowiedziałam się, że żeby internet zadziałał trzeba skonfigurować telefon (niby logiczne - dlaczego więc nikt nie poinformował mnie o tym wcześniej???) Pani w słuchawce podawała mi kolejne hasła dostępowe, nazwy itd... a ja myślałam - skąd ja niby miałam to wziąć??? 

Kilka minut później mój telefon ożył - w cudowny sposób połączył się z internetem i tym samym otworzył mi wielkie okno na świat! Hurra - jest sukces! Zaraz będzie aplikacja treningowa i siup... można będzie dołączyć do grona ludzi nowoczesnych!

 

Mój zapał trwał całkiem długo. Dzisiaj przed niedzielnym wybieganiem włączyłam wszystko jak należy i już na początku biegu sprawdziłam, że to naprawdę działa! Przez 14 kilometrów, co kilometr, miły męski głos (można sobie ustawić:)) informował mnie o tym ile już przebiegłam i w jakim średnim tempie się przemieszczam. Na ekranie telefonu nie zobaczyłam co prawda mojej trasy, ale nie wnikałam w to za pierwszym razem - grunt, że znam kilometry i tempo. O to przecież chodziło. Radosna dobiegłam do końca szlaku spiesząc się na spotkanie z moim mężem i córeczką. Kliknęłam na ekraniku telefonu "zakończ bieg" i przywitałam się z córcią:)

Wszystko byłoby pięknie gdyby... no właśnie. W samochodzie w drodze powrotnej do domu kiedy odpoczywałam na siedzeniu pasażera postanowiłam sprawdzić co tam dzisiaj nabiegałam (skoro mam teraz takie zaawansowane narzędzie treningowe!). Jakie było moje zdumienie, kiedy zobaczyłam, że w historii treningów nie ma zupełnie NIC. Mój bieg sie nie zapisał!!! Dlaczego - nie mam pojęcia (moim zdaniem powinien skoro zaznaczyłam koniec treningu). Najpierw ogarnęło mnie wkurzenie (znowu!) tym większe, że od razu pamięć przywołała mi wcześniejsze problemy związane z posiadaniem tego "cuda" w telefonie. Po prysznicem jednak dopadł mnie refleksyjny nastrój...

 

Po co nam te wszystkie współczesne cuda do zainstalowania, zalogowania, zsynchroniowania? No po co? BIEGANIE MA BYĆ RELAKSEM, PRZYJEMNOŚCIĄ I RADOŚCIĄ, a nie stresem, że coś nie działa, coś sie nie zapisuje, coś nam uciekło! Bieganie ma dawać nam odskocznię od komputerów, technologii i całego współczesnego przesycenia danymi. Tymczasem od kilku dni denerwuje mnie jakiś program w telefonie! Moi znajomi nerwowo potrząsają zaawansowanymi zegarkami - komputerami denerwując się, że nie działają prawidłowo. Zwariowany jest ten świat! Zupełnie ześwirowany. I chyba mi się to nie podoba. 

 

Mam stary zegarek z pulsometrem. Nie wiem ile ma lat, ale dużo. Fakt - był dobrej firmy (jednej ze znanych sportowych marek). Kupiłam używany! na początku mojej przygody z bieganiem - 9 lat temu? Nie pamiętam naprawdę! Wtedy wyglądał jak nowy. A teraz? Teraz też wygląda jak nowy! I działa jak nowy! Nigdy mnie nie zawiódł, nigdy się nie zaciął i nie przestał działać. Jedyne funkcje jakie posiada to zegarek, stoper i pomiar pulsu. Jest idealny...

Wniosek... cóż, im bardziej coś jest zaawansowane technologicznie tym większa jest szansa, że w którymś momencie... nawali... mówiąc wprost. I trzeba się z tym liczyć. I pozostać odpornym na takie szwankowanie. Pewnie, że postęp technologiczny idzie do przodu, pewnie trzeba jakoś tam za nim nadążać żeby wyciągnać jednak z tego wszystkiego coś dobrego dla siebie. Nadal potrzebuję wiedzieć w jakim tempie biegnę na moich treningach szybkościowych. Niestety tylko GPS (czy to w zegarku czy przez program treningowy w telefonie) może udzielić mi takiej informacji podczas biegu. I nie mam wyjścia - albo mogę próbować dalej zaprzyjaźnić się z technologią, albo cały czas nie wiedzieć czy tempo w jakim trenuję jest... wystarczające. Pewnie więc będę próbować dalej mając jednak świadomość, że to wcale nie musi zawsze działać. Grunt to zachować dystans i... nie zapominać po co tak naprawdę biegamy. Przecież nie dla pomiarów, nie dla zapisanych na wirtualnych mapach ścieżek naszych biegów, ani nie dla tego żeby pochwalić się kilometrami przed znajomymi na facebooku... Dopóki będziemy o tym pamiętać - będzie dobrze z naszym bieganiem:) Grunt to nie dać się zwariować w tym... zwariowanym świecie...

 



Komentarze ()