Mallorca

34km z Piwnicznej do Krynicy- Zdrój czyli Bieg 7 Dolin w wersji light...

Od trzech lat biorę udział w Festiwalu Biegowym w Krynicy. Podoba mi się atmosfera. Podoba mi się to, że cała Krynica żyje bieganiem, że zjeżdża się tam tylu pozytywnie zakręconych ludzi, a przede wszystkim to, że z roku na rok rozpoznaję coraz więcej twarzy i przypadkiem wpadam na coraz więcej znajomych, z którymi można fajnie pogadać. Biegi górskie zbliżają ludzi – to bez dwóch zdań. Na górskich trasach poznałam już naprawdę sporo osób i powiem wam, że to jest rewelacyjne – spotkać się po kilku miesiącach lub po roku i czuć się tak jakby ten czas wcale nie minął. (Przy okazji wielkie "pozdrawiam" dla wszystkich, z którymi mielismy okazję widzieć się w tym roku:)) Na Festiwalu zawsze dużo się dzieje – i nie, wcale nie chodzi mi o to, że jest aż tyle różnych dystansów i ciągle gdzieś ktoś startuje, kibicuje albo akurat szykuje się na swój bieg. Po prostu – jest ciekawie. Trzeba tam być, trzeba to przeżyć, żeby wiedzieć o co chodzi. A być warto – zapewniam.

01

Gotowa do startu - jak zwykle w spódniczne - tym razem polkasport.pl :)

W tym roku moja aktywność biegowa podczas festiwalu była całkiem skromna. Dwa lata temu debiutowałam tu w ultramaratonie na 100 km, w zeszłym roku desperacko walczyłam o trzecie miejsce na 64 km (i przegrałam o 6 sekund!). W tym roku wystartowałam na 34 km mając w planach na jesień maraton w Nowym Jorku. Szczypta szaleństwa w życiu bardzo się przydaje, ale czasem potrzeba też szczypty rozsądku – choć od kilku miesięcy zapisana byłam na setkę, przeboje zdrowotne sprzed kilku tygodni kazały mi przepisać się na krótszy dystans i potraktować ten start jak dobry trening. Tak też się stało. Ale po kolei…

03

Do Krynicy pojechałam z przyjaciółką dwa dni przed Festiwalem. Chciałyśmy wykorzystać okazję i piękną pogodę, żeby pochodzić choć trochę górskimi szlakami, bo obie to kochamy. Już w czwartek przemierzyłyśmy niemało, bo odcinek z Piwnicznej do Krynicy przez Halę Łabowską i Jaworzynę. Zeszłyśmy z gór już po ciemku szukając szlaku przy świetle latarek. Śmiałam się, że to taka rozgrzewka przed sobotnim bieganiem… W piątek tez ruszyłyśmy w góry, potem chodziłyśmy po Krynicy zwiedzając halę Expo i robiąc zakupy – w końcu kobiecie zawsze się przyda nowy ciuch – szczególnie do biegania:). Koło 23-ej próbowałyśmy kupić cokolwiek do jedzenia na śniadanie. Okazało się to niemałym wyzwaniem, a skończyło tym, że kupiłam owsiankę instant i słoiczek dżemu, bo nawet normalnego pieczywa nie było już o tej porze. Po raz pierwszy w życiu byłam kompletnie nieprzygotowana do startu – bez żadnego planowego trenowania, po dwóch dniach spędzonych na bezustannym chodzeniu, z okrutnym bólem mięśni (po ćwiczeniach na siłowni i chodzeniu po górach) i w dodatku bez normalnego śniadania. Niezły początek!

04

Start biegu na 34km - Piwniczna - mam stąd wspomnienia z poprzednich lat;)

Bieg na 34km zaczynał się w Piwnicznej dokładnie w południe. Żar lał się z nieba, chciało mi się pić jeszcze zanim impreza się zaczęła, a od 8 rano (kiedy zjadłam owsiankę) zdążyłam już niewąsko zgłodnieć. Pierwszy bufet miał być na 11 kilometrze, a ja nie miałam nic do jedzenia ze sobą poza marnym batonikiem o wątpliwych wartościach odżywczych. Mięśnie nóg bolały mnie nie na żarty i zastanawiałam się na ile dadzą sobie radę na górskim szlaku, gdzie… planowałam sprawdzić moją aktualną formę.

02

Ekipa KB "Arturówek" Łódź przed startem

Start. Gorąco. Od razu ruszyłam żwawo. Plan w mojej głowie był taki – lecę na całość i sprawdzam jak długo dam radę. Najwyżej padnę po drodze i będę człapać do mety. Ha! Chciałam wiedzieć „na czym stoję” na półtora miesiąca przed Nowym Jorkiem, wiedzieć w jakiej jestem formie, bo mało biegałam ostatnio i w zasadzie to naprawdę nie wiedziałam czego się po sobie samej spodziewać.

Już na czwartym kilometrze poczułam, że jest ciężko. Moje nogi paliły. Ból mięśni był dotkliwy i zastanawiałam się autentycznie czy dam radę tak napierać przez kolejne 30 kilometrów szlaku! Z czasem jednak rozkręcałam się coraz bardziej. Skupiałam się na chwili bieżącej nie myśląc o tym co będzie później. Trochę ryzykowne, ale „kto nie ryzykuje ten nic nie ma” więc napierałam ile sił. Nie interesowało mnie które zajmuję miejsce, ale chciałam dać z siebie jak najwięcej, sprawdzić się i… udowodnić samej sobie, że mam w sobie moc, bo ostatnio było z tym bardzo ciężko. Treningi biegowe ograniczam do truchtania a ostatni start w maju...eeech wolę nawet nie wracać do tego pamięcią. Trudno mając takie doświadczenia z optymizmem patrzyć na maraton za kilka tygodni. Chciałam więc w Krynicy zobaczyć jak wyglada ta moja forma-nieforma. 

05

Selfie podczas biegu:) Nie było tak strasznie skoro miałam siłę o tym pomyśleć;)

Trasę znam. Biegłam nią już dwa razy. W sobotę było gorąco, było ciężko, było trudno i... było pięknie! Największy kryzys dopadł mnie na podbiegu za Wierchomlą. Pamiętałam tą górę z setki i z 64km, ale myślałam, że skoro tym razem startuję na krótszym dystansie, nie będzie ona dla mnie tak ciężką przeszkodą. Myliłam się. Naprawdę miałam dosyć! W okolicach 25 kilometra dopadła mnie kolka jelitowa, która towarzyszyła mi już do końca. Najgorszy ból odczuwa się na zbiegach. Marzyłam o końcu tej męczarni. Kiedy zobaczyłam tabliczkę z informacją, że do mety zostało 5 kilometrów dostałam jednak zastrzyk dodatkowej energii. Nie wiem skąd – śmieję się, że to moja „energia z kosmosu”, która czasem dopada mnie na biegach i pozwala na mocny finisz. Tak było tym razem. Czułam radość z tego biegu – mimo bólu i trudu. Podobnie jak rok wcześniej nuciłam sobie piosenki pędząc w dół do mety. Doping kibiców na deptaku w Krynicy jest zawsze niesamowity. Porywa i dodaje skrzydeł mimo zmęczenia. Na mecie nie było wzruszenia jak po setce, ani męki jak po zeszłorocznej walce na 64 kilometrach. Ale była po prostu radość i satysfakcja. Ukończyłam i dałam z siebie wszystko, co mogłam tego dnia.

06

Dobiegłam! Mimo gorąca i zmęczenia - na mecie zameldowałam się w niezłej formie:)

Dobiegłam po 4 godzinach 14 minutach i trzydziestu kilku sekundach i byłam 11ą kobietą na mecie na około 400 startujących. Jestem zadowolona. Może mogło być lepiej – gdybym trenowała, gdybym nie ćwiczyła cztery dni wcześniej na siłowni, gdybym nie miała „zakwasów”, gdybym ostatnich dwóch dni nie spędziła wędrując górskimi szlakami, gdybym nie piła piwa, gdybym zjadła lepsze śniadanie… Zawsze jest jakieś „gdyby”. W tych warunkach i w tej sytuacji wyszło i tak świetnie. Wróciłam z Krynicy bardzo zadowolona i naładowana pozytywną energią. I z pewnością, że wrócę tu za rok. Mam też teraz pewność, że ukończę Nowy Jork. No, może nie pewnośc, bo takiej mieć nigdy nie można kiedy mówi się o maratonie. Ale forma nie jest bardzo zła i wszystko wskazuje na to, że powinnam sobie poradzić:) 

07

Z koszulką Finisher'a :)

 



Komentarze ()