Dlaczego NIE zostanę fitnesską

TBCCzłowiek uzależniony od sportu nie usiedzi na czterech literach nawet jak go boli to czy tamto - to jest niezaprzeczalny fakt. Zatem jeśli już jest taka sytuacja, że trzeba jednak ograniczyć swoją ukochaną aktywność, zawsze szuka się alternatyw. Jakiś czas temu zapisałam się do fitness clubu - nie pierwszy raz oczywiście, bo na siłownię chodzę od czasu do czasu. Tym razem jednak postanowiłam spróbować czegoś nowego. Na pierwszy ogień poszedł spinning. Byłam kilka razy i muszę przyznać - to jest wycisk. Zdecydowanie jestem na tak jesli chodzi o utrzymanie kondycji, chociaż nie powiem, żebym zapałała wielką miłością do rowerów umieszczonych jeden obok drugiego w sali (ludzie - potrzebuję przestrzeni, natury, świeżego powietrza...) Dzisiaj dla odmiany wybrałam się na zajęcia fitness - TBC czyli Total Body Conditioning. Kto ma ochotę się pośmiać (lub choćby pouśmiechać) niech czyta dalej. Będzie o tym dlaczego na pewno nie zostanę fitnesską. Powodów jest conajmnej kilka...

Zanim rozpoczęły się zajęcia miałam 40 minut czasu więc wykorzystałam go co do minuty najpierw przez 20 minut "szalejąc" na orbitreku, później 10 minut "wspinając się po schodach" na odpowiedniej maszynerii (w końcu data 5 czerwca - Bieg Rzeźnika - zobowiązuje) a następnie przez 10 minut cisnąc na "wiosłach". Nie powiem - troszkę się zmęczyłam i troszkę dziwiłam się kolejce dziewczyn ustawionych pod salą w oczekiwaniu na zajęcia (dlaczego tak stoją zamiast poćwiczyć to czy tamto:)?)

Początek zajęć - rozgrzewka. Instruktorka włącza głośno skoczną muzykę i... daaaawaaaaj - pogubiłam się po pierwszych trzech krokach. Po całej 15-o minutowej rozgrzewce załapałam tylko step touch, reszta była improwizacją jeśli chodzi o rytm i układ, chociaż kroki starałam się naśladować - jeśli nie w rytmie to chociaż w odpowiednim tempie. Problem w tym, że na tej rozgrzewce... zmarzłam! Nie wiem kogo może zmęczyć takie fikanie nogami, ale prawde mówiąc mogłabym to robić przez 3 godziny i zapewne bym niewiele poczuła... No nic, nie zrażam się - rozgrzewka to rozgrzewka - właściwy trening dopiero ma się zacząć...

Bierzemy step. Oooo - fajnie! Już myślałam, że zaczną się normalne ćwiczenia, ale nie... dalej - w prawo, w lewo, w bok w tył. Znów wszystko mi się pomieszało. Teraz wiecie ludzie dlaczego biegam i dlaczego bardziej rajcują mnie ultramaratony, maratony, półmaratony... To jest po prostu dużo prostrze w konstrukcji! Pocieszające, że nie tylko ja się pogubiłam. Nie powiem - byłam pełna uznania dla długonogiej i ekstremalnie chudej fitnesski z krwi i kości, która chyba na moment nie straciła rytmu...

Najcięższe hantelki na sali ważyły 2 kilogramy każdy. OK - jak się tym człowiek namacha na wszystkie strony to może i wystarczy, ale... tylko pod warunkiem, że dzień wcześniej zrobiło się x powtórzeń hardcore'owych pompek, podciaganie się na drążkach najróżniejszymi sposobami i ćwiczenia na maszynach (tak, tak, wczorajszy trening wszedł mi w mięśnie!). Jeśli jednak miałabym chodzić tylko na taki fitness to... nie no proszę! Chyba jednak wolę dźwigać żelastwo w towarzystwie napakowanych facetów (i nie - wcale nie chodzi o facetów!)

Po machaniu hantelkami przyszedł czas na ostatnie - brzuszki. Nie liczyłam ile tego było, ale generalnie łatwizna - przynajmniej dla kogoś kto w miejscu brzucha wypracował już sobie całkiem kształtny "kaloryfer". Wiem, że się teraz trochę przechwalam, ale słysząc stękanie współtowarzyszek "niedoli" przy skłonach do ugiętych kolan czułam się wyjątkowo nie na miejscu na tej sali. Postękać to sobie można na 60-ym którymś kilometrze ultramaratonu (no dobra, niech będzie, że już na 30-ym!)...

Rozciąganie po ćwiczeniach poszło mi zdecydowanie słabo. Nie przyglądałam się każdemu, ale jestem niemal przekonana, że wypadłam najgorzej. "Chwyćcie za stopę i wyprostujcie nogę w kolanie" - Ha, ha, ha... naprawdę wielce się ubawiłam. Jestem sztywna jak kawałek badyla albo... stali. Tak  - podczas tego całego rozciągania doszłam bowiem do wniosku, że ze mnie jest naprawdę kawał umięśnionej baby. W zasadzie to mając na uwadze tegoroczne górskie plany (Bieg Rzeźnika, Ultramaraton Gór Stołowych i Maraton Karkonoski) chyba mogę być całkiem zadowolona z siebie:) Ostatnie tygodnie nie poszły na marne! Na baletnicę się nie nadaję, ale w góry może i tak!

To tyle jeśli chodzi o wnioski po dzisiejszych zajęciach fitnessowych. Ale tak w sumie to jeszcze nie wszystkie powody dla których Fitnesską nie zostanę. Jeszcze jedno - po trzech godzinach intensywnych ćwiczeń naprawdę mam w D to jak wyglądam, czy mi coś gdzieś spływa, odstaje czy prześwituje. Po prostu mam to gdzieś:) OK - zawsze się trochę stroję przed biegami, ale na którymś kolejnym kilometrze kwestia tuszu do rzęs, fryzury i pomadki to sprawa zdecydowanie najmniejszej wagi. Taaaak, ja to wiem - fitnesską na pewno nie bedę!

W niedzielę Zimowy Maraton Bieszczadzki. Pobiegnę chyba tylko dychę, ale i tak się nie mogę doczekać! Gór, klimatu i biegania. Ludzie - WRACAM DO GRY!!!!

 

 



Komentarze ()