Mallorca

Dlaczego kobiety mogą biegać lepiej niż mężczyźni i co ma do tego sprzątanie...

Kilkakrotnie już otarłam się o informację, że gdzieś w świecie (bliżej lub dalej) jakaś kobieta zwyciężyła jakiś bieg. Nie - nie wśród kobiet. Ogólnie. Mówiąc językiem bardziej "męskim" po prostu "baba wyprzedziła wszystkich". Cóż. Sorry moi drodzy - zdarza się - chciało by się powiedzieć. Owszem - zdarza się i to, jak się okazuje wcale nie jest jakaś jednorazowa dziwaczna "pomyłka Matki Natury". Po prostu KOBIETY BYWAJĄ LEPSZE  od facetów, szczególnie na dłuższych dystansach. Przykłady? Proszę bardzo - ot chociażby znana amerykańska ultramaratonka, Pam Reed dwukrotnie "wykończyła" wszystkich facetów na najtrudniejszym na świecie ultramaratonie zwanym Badwater. Była lepsza niż wszyscy mężczyźni i to nie o kilka minut, ale o jakieś 10 godzin o ile się nie mylę. Przykłady z naszego podwórka? W 2010 Ola Niwińska wygrała bieg 48-o godzinny pokonując wszystkich "kolegów". Pomijając ultramaraton, w zeszłym roku Karolina Jarzyńska "narobiła wstydu" biegaczom zajmując pierwsze miejsce w open na łódzkiej dyszce podczas maratonu. O ile w tym ostatnim przypadku "winę" można zgonić na słabą obsadę biegu wśród mężczyzn (nie umniejszając wyniku Karoliny!) o tyle prawda jest taka, że w długich biegach częściej niż w krótszych zwycieżają kobiety... Naukowcy oczywiście już dawno wzięli ten temat pod lupę i nawet niektórzy doszli do jakichś konstruktywnych wniosków. Ja naukowcem nie jestem ale... mam swoje przemyślenia na ten temat...

Zdaję sobie sprawę, że ten wpis może się nie spodobać mężczyźnie. Może się też nie spodobać kobiecie, która się ze mną nie zgodzi z jakiegokolwiek powodu. W porządku. Po prostu ostatnio jestem bardzo zajęta, dni niemalże przelatują mi przez palce - budzę się i zaraz jest wieczór. A przede wszystkim mam nieodparte wrażenie, że  każdego dnia robię o wiele za dużo... Co jednak ostatnio dotarło do mnie najwyraźniej to fakt, że poza kiloma godzinami snu ja praktycznie nie odpoczywam! Boli? Trudno... można się przyzwyczić... Szukając pozytywnych aspektów takiego stanu rzeczy zaczęłam się zastanawiać nad tym czy aby (paradoksalnie) nie staję się w ten sposób... lepszą biegaczką???

 

Boli mnie stopa. Nie wiem co to jest dokładnie - przytrafiło mi się wczoraj na siłowni i objawia się w sposób conajmniej nieprzyjemny - czuję się jakby ktoś mi wbijał w tą stopę nóż. Mimo to przez cały dzień być może z 2 razy napomknełam o tym przy jakiejś okazji. Niech faceta boli głowa, gardło, noga czy cokolwiek i nie da Wam żyć przez większość dnia:) Uff - wiem jak to brzmi i zapewniam Was - nie - nie jestem feministką! Być może po prostu naprawdę jesteśmy bardziej odporne na ból niż większość"twardzieli"...

 

W zeszłym tygodniu w niedzielę przebiegłam ponad 27 kilometrów. Wiecie co zrobiłam po powrocie do domu? Wskoczyłam na 10 minut pod prysznic po czym ustawiłam się w kuchni i z uśmiechem na ustach zabrałam za szykowanie obiadu (nie żeby uśmiech był wymuszony - nie był, słowo daję - satysfakcja uszczęśliwiła mnie na dobrych kilka godzin). Czy bolały mnie nogi? Owszem. Czy czułam się zmęczona - jak najbardziej! Ale zrobiłam ten obiad (wyszedł chyba nie najgorzej), a później zabrałam się jeszcze za inne rzeczy... Dzisiaj dla odmiany przebiegłam jakieś 14km (pestka:)) ale ponieważ wczoraj trenowałam ostro, zmęczenie po dzisiejszym bieganiu też dało się odczuć. Wróciłam do domu i co? No zgadnijcie! A co robi po powrocie z treningu statystyczny biegacz? Otwiera piwo (lub jeśli trenuje ostrzej - izotonik) i ląduje na kanapie oglądając Justynę Kowalczyk lub skoki narciarskie... Cóż, może coś w tym jest, że my kobiety po prostu musimy umieć działać "na zmęczeniu"...

Kiedy wracam z pracy i mam zaplanowany na wieczór trening to wcale nie siadam, żeby przed tym treningiem odpocząć. W domu jest zawsze "tyle do zrobienia" i jakoś tak wychodzi, że z reguły "widzę te rzeczy". One po prostu wyciagają macki w moim kierunku i nie pozwalają mi usiąść na czterech literach!  Nieumyta podłoga, zupka dla dziecka na następny dzień, tony prania i inne "drobiazgi". Cóż, absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że mężczyźni nie zajmują się w ogóle pracami domowymi. Wielu z nich zajmuje się (i chwała za to, że jest w tej grupie mój mąż:)). Bardziej chodzi mi o to, że... żaden porządnie zmęczony fizycznie facet nie weźmie się z własnej woli za, dajmy na to,  szorowanie podłogi. On jej po prostu nie zauważy:) Czy to nasza "babska" głupota czy jakieś dziwaczne uwarunkowanie genetyczne - nie mam pojęcia. A może raczej konieczność? No bo gdyby nikt nie widział "tego wszystkiego" to przecież ludzie zarośli by brudem... A może nie? Tak więc, nie ja jedna przesuwam granice mojego zmęczenia i po 10, 15 czy więcej przebiegniętych kilometrów zabieram się za całą resztę. W końcu albo mam siłę na wszystko, albo na nic, tak?

 

Podsumowując - nie wiem co na to naukowcy (i nie interesuje mnie to w tej chwili), ale ja tam wiem, że takie właśnie drobiazgi pomagają nam kobietom być silniejszymi. Wkurza mnie to czasem - owszem. I nie będę usprawiadliwiać "zmęczonych" facetów. Ale nie zamierzam też narzekać i rozczulać się nad ciężkim losem biegających kobiet:) Może i mamy trochę trudniej jeśli chodzi o pogodzenie obowiązków i znalezienie siły na wszystko, ale wierzę, że "co Cię nie zabije to Cię wzmocni"... Spróbujcie mnie złamać:)

 



Komentarze ()