szczypta szaleństwa

Czasami trzeba przystopować...

przeciwnosciMiało być tak, albo miało być inaczej. Już sama nie wiem jak właściwie miało być! Wiem jak jest - a jest trochę nieciekawie, bo ostatnio byłam mocno osłabiona przeziębieniem, które dopadło mnie dwa tygodnie temu. W zeszły weekend uparcie poszłam w niedzielę na trening i... prawie umarłam (słowo daję!) ledwo kończąc 24 kilometry (choć w planie miałam 30...) Przez resztę dnia dochodziłam do siebie (choć prawdziwsze było by okreslenie - dogorywałam na kanapie!) Od tamtej niedzieli przez 5 dni nie biegałam. Nic. Zero treningów. To moja najdłuższa przerwa w bieganiu od niepamiętnych czasów (gdzieś w zeszłym roku):):). Ale... chciałam się wyleczyć, bo przecież miałam biec Półmaraton w Pabianicach z atestowaną trasą i nie dalej jak dwa tygodnie temu zdecydowałam się ostatecznie w nim pobiec! Koledzy zapisali mnie do drużyny...

Po piątkowej porannej przebieżce wiedziałam jednak, że do Pabianic nie pojadę. Tętno dochodzące do 185 przy swobodnym biegu "rekreacyjnym" mówiło samo za siebie. Nie czułam się na siłach by ścigać się z czasem. Z pewnym bólem serca i przy pomocy Życzliwych Rozsądnych postanowiłam więc nie jechać na ten półmaraton wcale - bo znam siebie i wiem, że nie pobiegłabym powoli:)

Dwa dni później wiem, że zrobiłam dobrze! Dzisiaj poszłam na pierwszy od dłuższego czasu trening - cel kilka kilometrówek na "pobudkę" po tym całym chorobowym przestoju. Początek nie był łatwy. Po 3 kilometrach rozgrzewki tak się zmachałam, że na myśl o przebiegnięciu choćby kilometra szybciej śmiać mi się chciało (dobrze, że śmiać, a nie płakać - to znak, że jeszcze mam jakieś poczucie humoru:)). Pirwszy kilometr przyspieszenia faktycznie nie był lekki, ale... jakoś poszło i z każdym kolejnym kilometrowym powtórzeniem było coraz łatwiej. Miałam biegać po 4:15, a wyszło szybciej. Kilometr na 4:10, kilometr na 4:07, 4:03... W sumie "machnęłam" 5 kilometrowych powtórzeń i... mogłabym biegać tak jeszcze! Może jestem hurra-optymistką, ale czuję się świetnie i (w przeciwieństwie do tego co myślałam jeszcze dzisiaj rano!) jestem pełna pozytywnych myśli jeśli chodzi o Półmaraton Warszawski. Choć wiem, że wszystko się może zdarzyć. Powoli jednak odbudowuje się we mnie wola walki, motywacja i wszystko to, co potrzebne, żeby zebrać się w sobie do walki o życiówkę:)

Bo lubię walczyć. Taaak...start dla samego udziału w biegu jest czymś fantastycznym i czasami szczerze zazdroszczę wszystkim, którzy potrafią czerpać radość tylko z tego. Nie, nie chodzi o to, że mnie to nie cieszy. Nie zrozumcie mnie źle. Naprawdę wierzę całą sobą, że bieganie (z całą jego otoczką; tą w postaci zawodów również) ma być przede wszystkim frajdą. Bo jeśli nią nie jest to jaki to w ogóle ma sens? Udział w biegach daje mi ogromną radość i to nie tylko wtedy kiedy wygrywam z czasem czy z czymkolwiek/kimkolwiek innym:). Prawda jest jednak taka, że (przynajmniej narazie) jestem nastawiona na ściganie. Lubię to. Czerpię z tego energię i motywację. Jeśli już biegnę lubię dawać z siebie wszystko. Tylko wtedy mam satysfakcję. Nawet jeśli moje "wszystko" nie wystarcza żeby była z tego życiówka lub miejsce na pudle...

Zatem... teraz ooszczędzam siły na Półmaraton Warszawski. Bo planuję dać z siebie wszystko!



Komentarze ()