Bieganie poza utartymi szlakami...

Chojnik Maraton 2016 czyli moje 46 kilometrów walki z demonami

Podobno na tegorocznej edycji Karkonoskiego Festiwalu Biegowego panowały najgorsze warunki pogodowe w historii tej imprezy. Podobno; nie wiem bo nie brałam udziału w poprzednich latach. Wiem jednak na pewno, że pogoda nie rozpieszczała biegaczy na trasie. I że burze i ulewne deszcze z gradem w połączeniu z trudną technicznie trasą pełną śliskich kamieni na stromych zbiegach to nie lada wyzwanie nawet dla najbardziej doświadczonych zawodników. Wiem też, że w tak wymagających biegach górskich liczy się przede wszystkim siła psychiczna. Jeśli jej nie ma, to koniec. Chyba, że znajdzie się ktoś skory do bezinteresownej pomocy. Ale po kolei…

001

przed startem spotkałam znajomego z Łodzi

Jeszcze na pół godziny przed startem z nieba lał ulewny deszcz, który nie zachęcał w ogóle do wyjścia z domu… Silne grzmoty podsycały złowrogą atmosferę budząc jeszcze większe wątpliwości co do powodzenia (i sensu!) całej misji zwanej maratonem. Przestało lać na chwilę przed startem. Na twarze biegaczy wrócił optymizm. Pomyślałam, że może nie będzie tak źle…

01

na chwilę przed startem

3, 2, 1 start!

Ruszyliśmy. Chwilę później droga już wiodła mocno pod górę… i zdawała się nie mieć końca. Zdrętwiały mi łydki, co wzbudziło moje zdziwienie, bo na żadnym biegu górskim nie zdarzyło mi się to na tak początkowym etapie. Potknęłam się na śliskim kamieniu i próbując oszczędzić kolano, które nieuchronnie zbliżało się do twardej skały, z impetem podparłam się ręką. Auuuć. Z bólu zdrętwiało mi całe przedramię choć krew pojawiła się tylko na nadgarstku. Kolano bez uszczerbku więc napieramy dalej. Od samego początku biegł ze mną znajomy z biegowych ścieżek i może jest to dobre miejsce, żeby powiedzieć „dziękuję”. Gdyby nie motywacja na całej trasie i fakt, że czekał na mnie na każdym podejściu i na każdym zbiegu z pewnością nie ukończyłabym tego maratonu w tak dobrym czasie…

02

początek...

Już po jakichś niespełna 10u kilometrach odpuściłam całkowicie rywalizację. Pomyślałam tylko, że… nie chcę być znowu czwarta na mecie, bo to było nie było najgorsze z możliwych miejsc! Było ciężko. Czułam się bez sił, a to nawet nie jedna czwarta dystansu. Łydki miałam cały czas zdrętwiałe i powoli zaczynałam czuć kłujący ból po zewnętrznej stronie kolana.

03

Po co mi cały ten maraton? Po co tu jestem i po jaką cholerę się tak męczę? Myśli, których starałam się do siebie nie dopuszczać pojawiły się ze zdwojoną siłą. O ile samo bieganie pomaga poradzić sobie z wyzwaniami codzienności to już udział w trudnych zawodach niekoniecznie. Tutaj trzeba mieć silną głowę. Silną czyli najlepiej spokojną, pozbawioną niepotrzebnych myśli, nastawioną na pokonywanie trudności i na biegowy sukces…

Trudności na trasie vs. demony w głowie

Być może komuś to przeszkadza, jak ktoś na blogu przyznaje się do swoich słabszych chwil. Ale ja myślę inaczej – nie chcę robić czegoś tylko na pokaz. Mogłabym udawać, że jestem niezniszczalna, że mam zawsze motywację na najwyższym poziomie, że nigdy się nie łamię. Ale tak nie jest. Jestem tylko człowiekiem i jak każdy miewam gorsze dni i problemy, które czasem mnie przerastają. Z natury jestem dość emocjonalna. Nic na to nie poradzę. Jeśli czuję to całą sobą, nie umiem inaczej. Jeśli więc jest źle to jest źle i na niewiele się zda gadanie sobie samej, że może jednak wcale źle nie jest:) Czasem człowiek próbuje „zamieść uczucia pod dywan”, schować i udawać, że ich nie ma, ale i tak prędzej czy później bestie wylezą na wierzch!

04

kryzys za kryzysem...

Przeczytałam gdzieś słowa, które zapadły mi w pamięć: „Jeśli nie masz siły w nogach – biegnij głową. Jeśli nie możesz głową – biegnij sercem”. Szkoda, że nie ma porady jak biec kiedy nie ma się serca. Ja na tym maratonie serca nie miałam. Przypominam sobie teraz jak próbując nie upaść na stromej ścieżce pełnej śliskich mokrych kamieni ocierałam wierzchem dłoni łzy spływające po policzkach. I nie, wcale nie chodzi wyłącznie o to, że było  tak ciężko (było – to prawda, ale nie takie trudności już przeszłam na trasach biegów…) Zmęczenie i ból fizyczny wyzwalają w człowieku głęboko ukryte emocje. Jeśli chcesz się czegoś o sobie dowiedzieć to wystartuj w biegu górskim na kilkadziesiąt (lub kilkaset) kilometrów – wtedy wychodzi z człowieka cała prawda. Na tej ciężkiej technicznie kamienistej trasie po prostu coś we mnie pękło i wylało się łzami na zewnątrz. Taki wstyd. Blondynka w różowej spódniczce zalana łzami – no pomyślcie tylko co za mizerny widok!!! Nic tylko parsknąć śmiechem prosto w twarz i wysłać do domu z pobłażliwym uśmiechem…

06

po deszczu kamienie były niemożliwie śliskie

Na trasie jednak, o dziwo, dżentelmeni, którzy ani myśleli się śmiać. Zamiast tego wyciągnęli pomocną dłoń pytając czy wszystko w porządku. Zachęcili i pomogli w ten sposób wstać i ruszyć dalej… Doceniam. Doceniam każdy przyjazny gest przez te całe 46 kilometrów, bo przyznaję, że cierpiałam bardzo. Ból z boku kolana z czasem zrobił się naprawdę nieprzyjemny – każdy krok był wyzwaniem a… to nawet nie połowa dystansu! Do tego skurcz żołądka – moje odwieczne utrapienie. Średnio co 10 km łykałam tabletkę no-spy, ale niestety po 30-ym kilometrze nic już nie przynosiło ulgi, jedzenie czegokolwiek było coraz większym problemem. I chociaż na punktach żywieniowych były soczyste arbuzy, banany a nawet truskawki niewiele mogłam z tych pyszności skorzystać.

07

trzeba kiedyś przyjechać tu i naprawdę pooglądać widoki!

Na grani były piękne widoki. Podobno… no dobrze spojrzałam kilka razy i faktycznie były piękne, ale przede wszystkim patrzyłam pod nogi na kamienie, żeby się nie potknąć i nie rozbić. Pełne skupienie przez cały czas – to też jest męczące przez tyle godzin… Mniej więcej w połowie drogi mój kryzys osiągnął chyba apogeum, bo moją głowę opanowały myśli pt. czy można gdzieś tu zejść z trasy i czy odwiozą stąd do domu:). Noga bolała mnie już nie na żarty, żołądek od dłuższego czasu tkwił w kleszczowym uścisku, brakowało mi siły i optymizmu. Od jednego z woluntariuszy dowiedziałam się, że najbliższa miejscowość jest ok. 1,5km drogi stąd. Przede mną było około 18km trasy maratonu… Perspektywa skrócenia cierpienia była naprawdę kusząca. Spojrzałam na szlak wiodący dość mocno pod górę, na śliskie kamienie… poczułam na sobie krople deszczu właśnie zaczynającej się ulewy… dało się słyszeć grzmoty szalejącej gdzieś w górach burzy. Zawrócić i zrezygnować czy napierać dalej pchając się w sam środek pogodowego Armagedonu?

261 Fearless...

Demony w mojej głowie pchały mnie w stronę komfortowego rozwiązania i rychłej wizji gorącej herbaty gdzieś w przytulnym suchym miejscu. Znajomy z biegowych ścieżek, Marek, zadał pytanie – czy biegnę dalej czy odpuszczam. Konkretnie. Jeszcze chwilę się wahałam, a potem… potem pomyślałam o numerze, który sobie „zamówiłam” na ten bieg. 261 – tak jak numer Kahrine Switzer na maratonie bostońskim w 1967 roku, który ukończyła wtedy oficjalnie jako pierwsza kobieta w historii. 261 Fearless – międzynarodowa organizacja, której jestem ambasadorką. Nie mogę się poddać biegnąc z tym numerem! – jak fearless to fearless… taka myśl i wybór dalszej drogi okazał się oczywisty. Pod górę… a przede mną 18 kilometrów do mety.

05

Ostatnie 10 kilometrów biegliśmy w ulewie z gradem wsłuchując się w głośne grzmoty i brodząc po kostki w płynącym środkiem ścieżki błocie. To końcówka więc nie chciało mi się już wyciągać kurtki z plecaka. Błąd. Lodowate kulki gradu uderzały wprost w moje nagie ramiona, było mi zimno, coraz zimniej mimo wysiłku, a może właśnie z powodu coraz większego zmęczenia. Wkurzona na burzę i ulewny deszcz wdzierający się wszędzie, myślałam o tym, że następny weekend spędzę – jak na „prawdziwą kobietę” przystało w SPA – leżąc i pachnąc…

Niby końcówka, a jeszcze pod górę i stromo w dół po kamieniach. Ból kolana przy każdym kroku był już nie do wytrzymania. „Jesteś tak silna jak myślisz, że jesteś” – to tekst, który często powtarzam sobie w głowie na biegach. Pierwszy raz myślałam w ten sposób podczas maratonu na Majorce w zeszłym roku – wtedy biegłam bez przygotowania i z potwornym bólem stopy. Lubię ten tekst. Czasem pomaga.

08

ostatnia prosta przed metą...

Meta nie przyniosła mi radości. Przyniosła tylko ogromną ulgę, że to koniec tej męczarni i walki. Nadal lało, trzęsłam się z zimna i nie bardzo nawet wiedziałam jak mam się przebrać w suche rzeczy z depozytu. Maraton ukończyłam w 6 h 30 minut i paręnaście sekund. Byłam 5ą kobietą na mecie i 94 osobą na 309 startujących. Patrząc po wynikach spokojnie mogłam powalczyć o trzecie miejsce wśród kobiet. Gdybym miała siłę do walki; tą siłę w głowie. Czy żałuję? Nie, bo tamtego dnia nie mogłam pobiec tego inaczej. Patrzę na medal i mimo wszystko czuję się zadowolona, że dotrwałam do końca i nie poddałam się po drodze. Człowiek naprawdę jest o wiele silniejszy niż mu się wydaje. Ale… jeśli akurat nie masz serca do biegania i walki to… pomyśl dwa razy zanim zdecydujesz się na udział w czymś takim, bo to nie jest lekka rzecz!

Za trzy tygodnie mam stanąć na starcie 119 kilometrowej trasy w Dolomitach. I… coś czuję, że powinnam zastanowić się przynajmniej dziesięć razy:):):) 



Komentarze ()