szczypta szaleństwa

Wielkanocne fanaberie czyli... bieganie boso po śniegu!

easterNie lubię świąt. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię ludzi. Z reguły nie mam nic przeciwko spędzaniu czasu z rodziną i lubię jeść. Ale święta z tą całą histeryczną otoczką wielkiego szykowania, wielkich zakupów i wielkiego sprzątania kończącego się wielkim obżarstwem - tego nie cierpię. Dobrze, że moja rodzina nie ma jakiejś obsesji świąt, ale tak czy inaczej - atmosfera trochę się udziela; świąteczne śniadanie jest tradycją, a tradycja, jak wiadomo, rzecz święta...

Z całym szacunkiem dla wszystkich, których mogło by to urazić - dzisiaj, po kilku godzinach siedzenia za stołem - miałam dość. Czułam się koszmarnie i to wcale nie z powodu jedzenia czy picia, ale po prostu z braku ruchu i powietrza.

 

Wróciliśmy do domu przedzierając się samochodem przez zasypane śniegiem miasto. Pięć minut zajęło mi przebranie się. Bluza termiczna, kurtka, czapka, szalik, rekawiczki, buty do biegania i... szorty. Wybiegłam wprost w zamieć śnieżną zostawiając za sobą cały ten światęczny klimat...

Jedno okrążenie po osiedlu, drugie, trzecie... Miałam wyjść na 10 minut i to tylko po to, żeby się przewietrzyć i... natrzeć nogi śniegiem. Cel - krioterapia.  Po wczorajszym bieganiu w tą i z powrotem przez górki w Lesie Łagiewnickim, z 3-kilogramowym plecakiem na plecach, rozbolała mnie torebka stawowa nad kolanem. Chciałam to zmrozić żeby jak najszybciej przestało mi dokuczać. Miałam wyjść tylko na chwilę, ale... bieganie wieczorem w totalnie zimowej scenerii i w krótkich spodenkach totalnie mnie wciagnęło. Płatki śniegu na twarzy, płatki śniegu wirujące w świetle latarni, przyjemny chłód na nogach i absolutne poczucie nierealności.

 

Psnow stormrzestałam biegać po kilkudziesięciu minutach przypominając sobie, że jutro rano wybieram się na trening:) Zatrzymałam się na boisku pod blokiem po kostki w świeżym piałym puchu. Absolutnie zalana endorfinami nie mogłam się powstrzymać - jak krioterapia to kompleksowo - zdjęłam buty i skarpetki i zaczęłam truchtać po zapadającym się miękkim śniegu. Czuliście kiedyś świeży śnieg pod bosymi stopami? Jeśli nie, to musicie spróbować! Jakkolwiekk to brzmi - naprawdę warto tego doświadczyć.

 

Niech mnie ktoś zapyta dlaczego biegam, dlaczego wychodzę z domu wieczorem w święta i przedzieram się przez zaspy śniegu. Odpowiem tylko jedno - robię to dla zabawy. Nic innego nie dałoby mi już chyba dzisiaj tyle czytej, prostej, szczerej RADOŚCI. Poczułam się jak dziecko, poczułam się całkowicie wolna (może to kwestia łamania pewnych konwenansów, świadomość, że nie przejmuję sie tym co pomyśli sobie o mnie sąsiad i sąsiadka jak zobaczy mnie na bosaka po kostki w śniegu...). Poczułam się świetnie. Być może o to właśnie chodzi w życiu? Żeby umieć się cieszyć drobiazgami, żeby umieć odnaleźć coś naprawdę fajnego w tym co jest, w tym, co się ma na wyciągniecie ręki (albo nogi:)? Nie wiem, ale wiem już, że bieganie boso po śniegu jest świetną zabawą:):):)



Komentarze ()