szczypta szaleństwa

Czy warto chodzić do dietetyka?

13 zadad odchudzania3Wybrałam się niedawno do dietetyka. Poszłam trochę z ciekawości jak "to" w ogóle wygląda, a trochę z nadzieją, że może dowiem się jeszcze czegoś nowego i uda mi się poprawić kilka niedociągnięć w moim odżywianiu (w koncu skądś się biorą spadki energii, ciagłe uczucie głodu i absolutna niemożność zgubienia choćby grama z masy ciała...). Może zatem warto zasięgnąć porady specjalisty? Poradnia obiecywała profejonalne podejście, dostosowanie do indywidualnych potrzeb, stworzenie zrównoważonego jadłospisu i motywowanie do osiągnięcia zamierzonego celu. No to idziemy zobaczyć!

Zaczęło się dobrze! Po określeniu przeze mnie celu - mniej tkanki tłuszczowej w więcej mięśniowej, nastapil wywiad dotyczacy mojego odżywiania; co jem, jak często, w jakich ilościach, czy już się kiedyś odchudzałam (o rety - tak całe studia!), później Pani dietetyk zrobiła mi badanie składu ciała słynna maszyną "Tanita" czym wprowadziła mnie w w stan lekkiego zdziwienia/ niedowierzania... - według przedstawionych przez nią wyników jestem bowiem całkiem przeciętna, standardowa, mieszczę się w normie, mniej więcej gdzieś po środku. Niby ok, nie chodzi wcale o to żebym uważała się za osobę ponadprzeciętną ale... jeśli ja... biegaczka z 13-o letnim stażem, która pokonuje w tygodniu conajmniej 60km, a bywa, że i sporo więcej..., odżywia się całkiem zdrowo (wg. rodziny i wielu znajomych wręcz przesadnie zdrowo), gotuje eko, nie tyka ciastek i wciąż ma wrażenie, że odmawia sobie słodkości - jeśli to jest "w normie", "standardowe" i przeciętne" to boję się spytać gdzie na tej skali mieszczą się te osoby, które powiedzmy nie uprawiają regularnie sportu i nie stosują żadnej specjalnej diety. I jak trzeba żyć, żeby osiągnąć stan "wysportowany", "niski poziom tkanki tłuszczowej" itd. itp. (Poza tym... robiłam takie badania wcześniej i wynik był dużo bardziej "optymistyczny...; o co chodzi?)

Pani dietetyk, owszem, mówiła całkiem do rzeczy i zgadzałam się ze wszystkim dopóki nie zaproponowała... zastąpienia 2 posiłków w ciągu dnia... koktajlami. No pięknie! Przyszłam dowiedzieć się co moge zmienić w zdrowej diecie, może jakoś zmienić proporcje (jem za mało białka, a za dużo węgli), a tu dowiaduję się, że bez suplementacji koktajlowej (160zł za 2 tygodnie) ani rusz. Powiedziałam pani dietetyk, że co jak co, wiele mogę zrobić, ale nie lubię sztucznych zamienników normalnego jedzenia i nie wyobrażam sobie zapychania się koktajlami o wątpliwych walorach smakowych. Innej opcji jednak nie było. "To nie są sztuczne koktajle; są na bazie naturalnych składników", "Pracujemy na suplementach" (dlaczego nie wiedziałam o tym wcześniej? I gdzie się podziało "indywidualne podejście?") W przeciwnym razie tj. bez koktajli nie ma możliwości żebym dostarczyla sobie wszystkie niezbędne składniki odżywcze nie zjadając nadmiernej ilości kilokalorii. Kiedy powiedziałam, że 2 razy w tygodniu kończę trening po 20 i mogę zjeść dopiero ok 21 (o ile dam radę w siebie wepchnąć coś po ciężkim treningu) usłyszałam, że powinnam jeść o 19. Rozumiem, ale... o 19 biegam! I nie mogę tego zmienić bo tylko wtedy mam czas. Ok, w takim razie muszę zjadać tuż po treningu, zanim wrócę do domu (koktajl). Pytam - gdzie? W samochodzie? Na ulicy?

Stanęło na tym, że mam kwestię przemyśleć (nawiasem mówiąc nie wymagało to u mnie przesadnego myślenia). Szczerze mówiąc, dawno żadne spotkanie nie wpłynęło na mnie tak... demotywująco! Tego dnia po raz pierwszy od bardzo dawna kupiłam w cukierni  słodką bułkę i zjadłam ją z wielkim apetytem. Później był jeszcze Snickers, a na kolację po treningu zamiast ugotować sobie standardowo porcję warzyw wtrząchnełam grzankę ze sporą ilością żółtego sera. Myślałam przy tym o koktajlach, którymi miałabym zastępować jedzenie i o mojej sylwetce mieszczącej się w "normie". Na co dzień się tak nie odżywiam, ale stres spowodowany stwierdzeniem, że "nie da się" (bez koktajli) zrobił swoje!

Następnego dnia stwierdziłam, że jednak poradzę sobie z dietą sama i osobiście wprowadzę kilka modyfikacji do mojego jadłospisu. A pani dietetyk i koktajlom stanowczo podziękuję:) Wygląda na to, że... decydowanie nie jestem podatna na manipulację. Być może nie trafiłam najlepiej. Ale to i tak było ciekawe doświadczenie... Poza tym... skłoniło mnie do dalszych poszukiwań w kwestii diety. Szczegółami pewnie się wkrótce podzielę. Tymczasem - wesołych i SMACZNYCH Świąt!

 

 



Komentarze ()