"A life without limits" czyli życie bez granic

Jest wiele bardzo inspirujących książek, filmów czy opowieści. Sama przeczytałam conajmniej kilkanaście takich, które zapadły mi w pamięć, zmotywowały mnie do podjęcia jakichś działań lub zainspirowały mnie czy to do zrobienia "pierwszego kroku" czy do przesunięcia "mojej granicy" gdzieś dalej... Ale właśnie skończyłam czytać książkę, która zmianiła moje spojrzenie na życie... To "A life without limits. A World Champion's journey" Chrissie Wellington - bardzo osobista autobiografia czterokrtonej mistrzyni świata w Ironman. Nie wiem nawet czy jest polskie wydanie tej książki. Zamówiłam ją w Stanach razem z kilkoma innymi książkami o bieganiu i pewnie nie miałabym czasu jej teraz przeczytać gdyby nie moja niefortunna kontuzja. Widać wszystko ma jakiś sens...

 

Być może ktoś pomyśli teraz, że to głupie - jak książka może zmienić podejście do życia? Ale jeśli coś porusza Cię tak mocno, jak poruszyła mnie ta opowieść, to nie sposób przejść koło tego obojętnie, postawić na półkę i za kilka dni zapomnieć. Emocje pozostają, siedzą w środku i zmieniają podejście do spraw, do których wydawało mi się, nie jestem w stanie zmienić podejścia. Być może na kogoś innego, kto myśli inaczej niż ja, ta opowieść nie miałaby takiego wpływu. Ale mną potrząsnęła, postawiła na nogi i przekonała, że nie mam czasu na desperację. Życie jest jakie jest, spotykają nas różne rzeczy i jedyne co czyni na wygranymi bądź przegranymi to nasze własne podejście do sytuacji. To nie odkrycie Ameryki i, tak na marginesie, to nie jest cytat z tej książki (choć spotkałam się gdzieś już kiedyś z tymi słowami; tylko, że wcześniej "przelatywały" gdzieś koło mnie bez znaczenia).

Zaplanowałam sobie perfekcyjny trening, perfekcyjny sezon wiosenny, perfekcyjny start w półmaratonie i jeszcze kilka innych perfekcyjnych rzeczy niekoniecznie związanych z bieganiem. Plany są bardzo ważne, bo dzieki nim wiemy co robić, posuwają nas do przodu. Mój pierwony perfekcyjny plan legł w gruzach już na wstępie z przyczyny niezależnej ode mnie a... chciałam być perfekcyjną matką (a jaka to perfekcyjna matka, która nie jest w stanie wziąć na ręce własnego dziecka?); chciałam perfekcyjnie zająć się pracą i od razu mieć efekty (śmieszne już kiedy się o tym pisze...). Chciałam być perfekcyjnie przygotowana do półmaratonu i w perfekcyjny sposób zrobić życiówkę. Nagłe poczucie braku jakiejkolwiek kontroli nad dążeniem do tej perfekcji prawie mnie złamało... Tymczasem dążenie do perfekcji jest bez sensu. Perfekcji nie da się osiagnąć. "Celem powinna być umiejętność pokonywania tego, co perfekcyjne nie jest" i działania mimo to, pokonywania swoich własnych barier i ograniczeń...

 

Wracając do książki Chrissy Wellington... Prawdę mówiąc wcześniej nie wiedziałam nic o autorce ponieważ w ogóle triathlonem interesowałam się tylko na zasadzie bardzo początkujących kwestii wzbogacając moją niewielką widzę pytaniami do znajomego triathlonisty – Witka. Zaczęłam się nawet niedawno interesować nauką pływania kraulem z myślą, żeby kiedyś, w nieokreślonej bliżej przyszłości wziąć udział w jakimś krótkim triathlonie.

Pomijając kwestię wpływu tej lektury na moje nastawienie do świata - stało się jeszcze jedno - ziarenko zostało zasiane:) Nie dziś. Nie w tym roku. Być może w ogóle nie w ciągu najbliższych kilku lat (trenowanie trzech dyscyplin wymaga 3 razy więcej czasu, którego raczej mi nie przybędzie przynajmniej dopóki moja Paula nie podrosnie trochę) - ale kiedyś stanę na starcie ironmana. I nie ma najmniejszego znaczenia wynik. Celem jest pokonać wszystkie trudności, które staną mi na drodze do linii... startu.

Na razie celem jest pokonać ból i znów zacząć się ruszać...

 



Komentarze ()