9. Półmaraton Warszawski czyli... moja droga przez mękę... (Ale było też pozytywnie!)

03Tak... to była droga przez mękę. Co prawda na mecie bylam w stanie ustać o własnych siłach, ale... ciężko. Dałam z siebie wszystko (zgodnie z obietnicą złożoną sobie kilka dni wcześniej:)). Niestety moje "wszystko" nie wystarczyło nawet na to, aby zbliżyć się do celu choćby o minutę. Już od 5 kilometra czułam, że nie jest dobrze. Do 10-go jeszcze utrzymywałam narzucone sobie tempo, ale po tym jak przystanęłam na moment napić się kilka łyków wody baloniki z czasem 1:30 niemal zniknęły mi z pola widzenia. Każdy krok był niewyobrażalnym wysiłkiem. Przez następne 11 kilometrów przez moją głowę przetoczyło się istne tornado myśli. Było mi absurdalnie gorąco, z trudem łapałam oddech próbując z całych sił nie zwalniać. I nie zejść z trasy. Zaczęlam koncentrować się na kibicach, na muzyce i na tym co się działo obok. Jak dobrze, że jednak trochę się działo, bo to pomogło mi stawiać kolejne kroki i... wykrzesać trochę uśmiechu (i niech mi ktoś powie, że kibice na biegach są niepotrzebni!!!)

Dotarłam na metę z czasem netto 1:34:00 (skądindąd piękny równiótki czas:)). Tak - byłam rozczarowana. Przyznaję. Ale... cóż, nie zawsze odnosi się spektakularne sukcesy. Nie zawsze jest się w idealnej formie, nie zawsze ma się "swój" dzień i nie zawsze robi sie życiówkę, wtedy kiedy się ją sobie wymarzy. Tak już jest. I trzeba to przyjąć. I iść dalej...

Biegnąc nie patrzyłam na tętno (nigdy nie patrzę). Ale po powrocie zgrałam dane z mojego pulsometru na komputer. 91% biegu leciałam na najwyższej strefie tętna. Wszystko jasne. Nie mogło być inaczej. Może ten wynik nie jest wcale taki zły?

01

optymistycznie na dzień przed startem:)

Cóż, sezon biegowy 2014 oficjalnie rozpoczęty 9. Półmaratonem Warszawskim. Miały być Pabianice tydzień wcześniej, ale zrezygnowałam z powodu choroby. Jak się okazuje zupełnie niepotrzebnie bowiem dwa dni przed Warszawą prawie wygonione bakcyke postanowiły zaatakować mnie ponownie ze zdwojoną mocą. Dość powiedzieć, że kaszel w dniu startu sprawiał wrażenie jakby miał mnie udusić, a w gardle czułam ból jakby ktoś postanowił poszarpać je drutem. Pięknie!

Nie powiem, że przyjęłam mój stan samopoczucia na spokojnie. Byłam wkurzona. Wkurzona to nawet mało powiedziane, ale nie przystoi rzucać brzydkich słów w eter. Pakując się na wyjazd do Warszawy moją głowę wypełniały najróżniejsze (głupie) myśli. Dlaczego mam takiego pecha? Dlaczego ja? (a dlaczego nie? każdego może dopaść...) Tyle pracy treningowej na marne... (nie jest na marne - zaprocentuje w przyszłości) Trzeba było pobiec tydzień wcześniej (acha - co by było gdyby). Jako mama mam przechlapane, bo dziecko zawsze mnie zarazi chorobą w najmniej dogodnym momencie... (czarnowidztwo jak się patrzy) Ufff. Absurdalne, prawda? A jednak!

Wróciłam do domu. Czuję się jak... nie nie napisze tego tutaj. Czuję się po prostu chora i najchętniej zostałabym przez tydzień w ciepłym łóżku. Za dwa tygodnie jest maraton, w którym mam pobiec (chociaż dzisiaj pod wpływem emocji obwieściłam światu, że w żadnym maratonie nie startuję;)). Czas pokaże...

Nie samym ściganiem się człowiek żyje:) Pomijając wyniki, czasy, samopoczucie i wszystkie te "poważne" sprawy - miałam super weekend z wspaniałymi ludźmi:). W sobotę zorganizowałyśmy sobie z dziewczynami wegańskie Pasta Party kobietkibiegaja.pl + przyjaciele. Było bardzo sympatycznie, klimatycznie i przepysznie...

05

Bieganie jest jednak fajne...

Podziękowania dla Matki Weganki za wspaniałe ugoszczenie nas pod swoim dachem:)

Gratulacje dla wszystkich kobietek które dotarły do mety:)

Gratulacje dla Iwony za wspaniałą życiówkę 1:39:19!

 



Komentarze ()