22. Półmaraton Philips w Pile i walka o (bardzo konkretną) życiówkę

Na początek wyjaśnię co oznacza tytułowa "bardzo konkretna życiówka":) Otóż... mój rekord życiowy w półmaratonie od 1 kwietnia tego roku wynosił 1:36:33. Kiedy nabiegałam taki wynik w Pabianicach byłam przeszcześliwa osiągając (jak mi się wydawało) coś ponad moje możliwości:) Jednocześnie jednak po tamtym półmaratonie doszłam do wniosku, że... chyba jednak stać mnie na więcej. Tak oto narodził się ten bardzo konkretny cel - złamać 1:35...

Na półmaraton do Piły wybrałam się w drodze powrotnej z urlopu nad morzem. Wszystko zostało skrupulatnie zaplanowane tak, żeby 8 września dojechać do Piły, odebrać pakiet startowy, przenocować i mieć mnóstwo siły na start w niedzielnym biegu. Plan został wykonany w większości, z tym wyjątkiem, że w dzień startu moje dziecko zapewniło mi pobudkę już o 5:30! Miałam więc dość czasu żeby świetnie się przygotować i pięć razy sprawdzić czy mam numer startowy:)

 

Już przed 10 byłam ponownie w biurze zawodów – tym razem na spokojnie tylko po to, żeby poobserwować przedstartową gorączkę. Z depozytu na rzeczy nie korzystałam (plus bycia młodą mamą jest taki, że ma się „depozyt” w postaci dziecięcego wózka), za to wybrałam się na stoisko firmy Asics, gdzie można było (po wcześniejszym zapisaniu się) zbadać sobie stopy za pomocą specjalnego urządzenia. Specjalista firmy Asics najpierw nakleił mi na stopy małe punkciki, które miały pomóc w wykonaniu prawidłowego pomiaru. Chwilę później na monitorze pokazała się budowa moich stóp po czym Expert Asics bezbłędnie potwierdził moją wcześniejszą diagnozę lekarską! Skusiłam się również na komputerową analizę kroku biegowego na bieżni (taką możliwość również zapewniła firma Asics ustawiając namiot przed wejściem do biura zawodów).

 

Punktualnie o godzinie 11:00 około 2- tysięczny tłum biegaczy zalał ulice Piły kolorową, radosną falą. Mimo dużej ilości biegaczy nietrudno było znaleźć swoje miejsce, więc szybko weszłam w swój biegowy rytm. Adrenalina i porywający tłum wokół sprawiły, że przez pierwsze 4 kilometry musiałam się mocno hamować żeby nie wyrwać zbyt szybko do przodu. A i tak nieznacznie wyprzedzałam „zegarek” biegnąc o około 5-10 sekund szybciej niż moje założone tempo. Być może to właśnie było przyczyną, dla której ostatecznie nie udało mi się złamać 1:35? Kto wie…  Do około 12-go kilometra biegło mi się bardzo dobrze. Później też nienajgorzej, choć zaczęłam się zastanawiać czy dam radę przyspieszyć na ostatnich 3 kilometrach, tak jak to sobie planowałam. Z trudem bowiem utrzymywałam narzucone tempo. Wiedziałam jednak, że się nie poddam i będę walczyć o wymarzony wynik do samego końca! Nauczona doświadczeniem z czerwcowego półmaratonu w Chemnitz (który przebiegłam chyba tylko siłą woli, prawie bez picia, w temperaturze ponad 30 stopni), pamiętając rady klubowego kolegi - popijałam izotonik, żeby nie stracić sił.

Podobała mi się tegoroczna zmieniona trasa ponieważ pomyślano o pętlach. Dzięki temu kibice mieli możliwość lepszego dopingowania zawodników, a my- biegacze więcej motywacji do pokonywania swoich słabości:)

W okolicach 16-go kilometra byłam „spóźniona” o około 15-20 sekund w stosunku do zaplanowanego czasu. To jeszcze nie tak dużo, więc cały czas miałam nadzieję, że wykrzesam z siebie jeszcze więcej energii na szybką końcówkę. I rzeczywiście - na ostatnich kilometrach próbowałam  przyspieszać. Trochę mi się udało, ale i tak finalnie zabrakło mi… pół minuty do złamania 1:35! Na metę wbiegłam (mam wrażenie, że sprintem!) w czasie 1:35:33 netto (i 1:35:43 brutto) jako 16-a kobieta w ogóle i 11 w mojej kategorii wiekowej. O równiutką minutę poprawiłam rekord życiowy. Jest więc sukces i powód do radości chociaż... pozostał niedosyt. Wszystko wskazuje na to, że łamanie 1:35 zostawię sobie na przyszły rok.

 

Po przekroczeniu linii mety czułam się nienajgorzej chociaż ogromne zmęczenie dawało o sobie znać potwornym bólem podbrzusza (Cóż, pamiątka po cesarskim cięciu zawsze przypomina o sobie po startach w ostrym tempie lub cięższych treningach). Ponieważ moja Paula lubi wodę mineralną intensywnie dopominała się mojej butelki by chwilę później... wylać na siebie jej zawartość! Pięć minut po przekroczeniu mety w szaleńczym tempie rzuciłam się więc na poszukiwanie w stercie rzeczy na wózku suchych ciuszków dla Małej. Nie zdążyłam się porozciągać, a już pędziłam po makaron żeby Paula miała co zjeść. Dopiero kiedy mój Janusz ją karmił zabrałam się za lekkie ćwiczenia rozciągające. Tradycyjnie już sama nie byłam w stanie nic zjeść jeszcze przez dłuższy czas, co spotyka się z brakiem zrozumienia ze strony mojego męża lekarza, który twierdzi, że powinnam "uzupełnić zapasy glikogenu w mięśniach". Oczywiście - ma rację. Przekonałam go jednak, że zamiast rozgotowanego makaronu wolę napój izotoniczny. Zgodził się:)

 

Z Piły wyjechaliśmy dopiero po 16-ej, a podróż odbywała się z przerwami (jak to zwykle bywa z dziećmi). Weszłam do domu, zmyłam makijaż i dosłownie padłam:) Dziś tak mnie bolą mięśnie czworogłowe, że na myśl o kolejnym półmaratonie w najbliższą niedzielę chce mi się trochę śmiać... z siebie samej i z tego, że się tam zapisałam. Ale czym byłoby życie bez odrobiny szaleństwa?



Komentarze ()