zyje sie tylko raz

21 kilometrów zmagań... i o tym, że lepiej czasem złapać kontuzję niż spędzić życie na kanapie:)

20150311 14415421 kilometrów - tyle mniej więcej ma półmaraton. Uwielbiam ten dystans, bo nie jest zbyt krótki i przy dobrym przygotowaniu, odrobinie zdrowego rozsądku i nieco większej dawce doświadczenia startowego można go naprawdę ładnie przebiec odpowiednio rozkładając siły. Uwielbiam ten dystans, bo nie czuję się po nim "zajechana" jak po maratonie (choć ostatnimi czasy pokochałam to pomaratońskie absurdalne zmęczenie;)). Tak - 21 to bardzo sympatyczna liczba kilometrów. Niestety - nie zawsze. Pół godziny temu skończyłam naprawdę upiorny 21-o kilometrowy trening - tym razem na orbitreku. Ludzie! Trzeba mieć naprawdę pokłady wytrwałości żeby wytrzymać na tym urządzeniu ponad godzinę (21km zajęło mi dokładnie 64 minuty:)). Pot lał się ze mnie hektolitrami i zalewał oczy poddając w wątpliwość stan mojej formy. Ze zdumieniem (po raz kolejny) myślałam o tym, że 2,5 tygodnia temu przebiegłam maraton w niespełna 3,5 godziny! Co się namęczyłam na tym orbitreku to moje. Nie zaprzeczam - jest satysfakcja, ale powiem Wam jedno - wolę przebiec 42 kilometry niż "przepedałować" 21 na tym tatałajstwie!

21 kilometrów walki ze słabościami, z wątpliwościami, ze znużeniem, ze znudzeniem - wciąż tym samym widokiem z okna. No bo ile można patrzeć na pogrążone w ciemności ulice miasta i kominy z elektrociepłowni? Nawet jeśli są oświetlone migającymi światłami... Kiedy biegam krajobraz zmienia się co chwila, mogę zmienić trasę, mogę zmienić ścieżkę i mogę pobiegać w towarzystwie. A tu? Tylko ja i bezlitosna maszyna, którą mam za zadanie napędzać siłą własnych mięśni. Tylko ja i muzyka (jak dobrze, że na świecie jest muzyka!). Tylko ja i moje myśli...

Dobrze - nie narzekam:) Daję radę i (słowo) nie przejmuję się niebieganiem. Po zeszłotygodniowej czwartkowej przebieżce w przemiłym towarzystwie Leśnych Ludków z mojej biegowej drużyny postanowiłam na jakiś czas odpuścić sobie mój ukochany sport - przynajmniej dopóki nie poznam wyniku tomografii komputerowej stopy. Bieganie dłuższe niż kilka kilometrów sprawia mi ból i po prostu nie jest przyjemne. A że poszukuję w życiu raczej radości niż umartwiania się zdecydowałam się znów tymczasowo zamienić aktywność na inną. Od początku grudnia można się już było przyzwyczaić! Na tomografii byłam dzisiaj; na wyniki kazali mi czekać tydzień (naprawdę aż tydzień zajmie im opisanie kilkuminutowego badania?). Cierpliwie poczekam. Ostatnio moja cierpliwość wystawiana jest co rusz na próby i, o dziwo, radzi sobie całkiem nieźle:)

Tak sobie myślałam jeszcze, przebierając nogami (i rękoma) na tym orbitreku, że mam naprawdę  świetne życie. I to w ogromnej mierze dzięki sportowi, dzięki temu szaleństwu, które uskuteczniam czasem wbrew wszystkim okolicznościom. To, co przeżyłam to moje. I zostanie moje na zawsze. Wrażenia z biegów górskich, wspomnienia z wielokilometrowych wybiegań w lesie, niesamowite przeżycia z ostatnich dwóch maratonów, które przeleciałam siłą woli już z tym potwornym bólem stopy. Ok - bolało jak diabli. Ale było też przy tym tyle radości, satysfakcji, siły i wiary...Ludzie, których poznałam, widoki, które zobaczyłam, miejsca, które odwiedziłam dzięki bieganiu właśnie... To jest cały ocean wspomnień! I wolę czasem złapać kontuzję niż przesiedzieć życie na kanapie gapiąc się w telewizor (wspominałam już, że nadal nie ma TV;)?)

Kontuzje mają to do siebie, że są, a potem się leczą. Czekam zatem cierpliwie na lekarski werdykt - mam nadzieję, że wreszcie się dowiem o co chodzi z tym kulosem. Trzeba będzie to wreszcie wyleczyć. A za jakiś czas... będę biegać dalej:) Oczywiście, że będę:) Bo ta prosta czynność daje mi tak niewiarygodne pokłady energii, radości i satysfakcji, że mam pewność - warto!



Komentarze ()