12. Bieg Ulicą Piotrkowską

Paula bieg piotrkowskaZa mną kolejny rozbiegany weekend. W sobotę najpierw biegała moja córeczka w Biegu Przedszkolaka, a później ja w biegu głównym na 10 kilometrów. Córci poszło wspaniale. Przebiegła z radością i dostała torbę upominków za metą. Ja natomiast dostałam po D... Tak, inaczej chyba nie można tego określić. Startując w biegu Ulicą Piotrkowską nie miałam co prawda wielkich oczekiwań, bo nigdy jeszcze ten bieg nie skończył się dla mnie życiówką, a poza tym miałam wątpliwości co do swojej formy na dychę. Było nie było trening do maratonu to inna kwestia niż trening do biegu na 10 kilometrów. W tym sezonie trenowałam do maratonu. Dycha to nie moja bajka. Nie teraz. Miałam jednak w planie przebiec mniej więcej w czasie 42 minut. To nie życiówka, ale "porządny wynik" więc uznałam, że to mi wystarczy. Tymczasem...

Nie spodziawałam się takiego biegu wydarzeń, nie spodziewałam się, że będzie aż tak ciężko, nie spodziewałam się, że nie dam rady, że wszyscy bedą mnie wyprzedzać... A przede wszystkim nie spodzewałam się, że 300 metrów przed metą zrobi mi się biało przed oczami i że ktoś będzie musiał mnie zbierać z mety (dziękuję Ewa i dziękuję Tomek, bo to podobno wy:))! Tego naprawdę się nie spodziewałam. Przecież to nie maraton. Przecież nie biegam od wczoraj!!! Przecież jestem zdrową młodą kobietą, która dba o siebie! Cholera jasna!!!

Cóż, było minęło. Emocje opadły. Doszłam do siebie - fizycznie. Jeszcze moja głowa musi do końca przetrawić te wydarzenia i przeanalizować dokładnie co i jak. Co się właściwie stało? Może to jednak kwestia odżywiania (tak, wiem kilka osób mi to mówiło; nie chciałam Was słuchać, ale może faktycznie nie jestem jak Kenijczyk, który może nie jeść i pobiegnie po rekord świata...), może to zmęczenie upałem w ciagu dnia (bo przecież najgorętsze południe spędziłam latając po rynku Manufaktury za moim rozbrykanym brzdącem). A może po prostu trzeba było słuchać swojego ciała, które już na początku biegu mówiło mi bardzo wyraźnie "zwolnij, to nie jest nasz dzień"... Że jestem uparta to wiem. Nie inaczej było tym razem kiedy próbowałam desperacko walczyć ze słabością, wyrywać do przodu, wyprzedzać, przyspieszać, pokonać coraz bardziej wyraźne uczucie niemocy. Upór nie zawsze wychodzi na zdrowie najwyraźniej:)

Nie chcę więcej takich wrażeń. Naprawdę - nie tego szukam w bieganiu! Ale, jest jednak jedno ALE - ktoś zapytał mnie po biegu czy warto było. Od razu po biegu może nie byłam pewna co powiedzieć. Ale, poza 3 miejscem w kategorii wiekowej wywalczyłam pierwsze miejsce wśród dziennikarek i... przytachalam do domu nagrodę - ogromnego pluszowego bociana:) Moja córcia tak się ucieszyła na jego widok, że powiem Wam jedno - WARTO BYŁO!

Cóż, czas podziękować wszystkim dobrym duszyczkom, które mi pomogly w tą sobotę:) Podziękowania dla Tomka (za użyczenie silnego ramienia:)), dla Adama (za użyczenie koszulki w drodze do depozytu), dla Janka (za odebranie moich rzeczy bez kolejki), dla Jacka za odszukanie kogoś znajomego i za wielką torbę na rzeczy:), dla Piotrka (za pomoc w tachaniu moich zdobyczy i odwiezienie mnie do domu), dla Witka, Agaty i Andrzeja - za zainteresowanie moim stanem bytu:) Jeśli o kimś zapomniałam - przepraszam. Możecie się przypomnieć i wystawić mi rachunek:) Do zobaczenia na biegowych ścieżkach!

 



Komentarze ()