I Zimowa Bieszczadzka Dycha - impreza biegowa z duszą

ZIMB2Jechałam w Bieszczady pełna wątpliwości. Przede wszystkim wątpliwości w związku z moją stopą, która od kilku tygodni nie miała jeszcze okazji sprawdzić jak się czuje po bieganiu. Poza tym chciałam biec maraton i perspektywa przepisywania się na krótszy dystans wydawała mi się średnia. Wiedziałam jednak, że na maraton pozwolić sobie nie mogę. Nie sztuką jest bowiem zajechać się na początu sezonu (lub jeszcze zanim sezon się zacznie), a później ponosić tego konsekwencje na przykład nie mogąc wystartować w innych biegach. Za 6 tygodni lecę na Majorkę i co jak co, ale potrzebuję mieć sprawną nogę! Niezależnie od całej tej logiki moja dusza chciała biegać i to najlepiej biegać jak najwięcej... W piątek w biurze zawodów grzecznie przepisałam się jednak na dychę...

Stresu przedstartowego zero bo przecież czym tu się stresować przed biegiem na 10km? Spróbowałam sera żółtego serwowanego przy wejściu, kupiłam lokalne piwo z bieszczadzkiego browaru i zrobiłam sobie zdjęcie z moim biegowym partnerem na Bieg Rzeźnika...

ZIMB02

Spotkanie drużyny "rzeźnikowej" TROCHĘ WIĘKSZA SZCZYPTA SZALEŃSTWA pod plakatem Biegu Rzeźnika:)

7:20 rano w niedzielę - start z centrum Cisnej - jak to w ogóle brzmi - centrum Cisnej:) a jednak - pewnie nie uwierzycie, ale niedługo później w endorfinowej radości pomyliłam drogę w okolicy tego centrum, więc albo ja mam wybitny talent, albo w Cisnej można się jednak zgubić (szczerze - stawiam jednak na to pierwsze:)) Bieszczadzki świt przywitał nas temperaturą około zera stopni i lekko pruszącym śniegiem. Było pięknie! Wasyl robił fotki jak zwykle od samego początku, było sporo śmiechu i wreszcie start! Lecimy.

ZIMB1

Ali, ja, Rysio, Paweł i Witek - przed startem

Miałam biec powoli (czy wszystkie moje relacje i pseudo-relacje z biegów muszą zawierać stwierdzenie "miałam biec powoli":):):)? ) Ale naprawdę - miałam! Tylko, że... tak mi się chciało biegać. Moje nogi dosłownie wyrywały się do przodu. Jak mi tego było potrzeba!!! Krótki kawałek po asflacie i trasa biegu na dyche odbiła w lewo na nieutwardzoną drogę. Zaczęło się - śnieg uciekał spod stóp, zapadałm się w niego i walczyłam z podłożem. Pod górę, później w dół. Pędem, bez zatrzymywania się, bez zwalniania - przed siebie. Wokół las. Przede mną droga i tylko kilka osób, które biegły gdzieś z przodu. Jak to możliwe? Przecież ja jestem bez formy... Przecież ja nie biegałam w zasadzie od początku grudnia... Teraz biegnę. Czuję świeże powietrze w płucach i jest CUDOWNIE. Czuję jak bije moje serce, dosłownie połykam kolejne kilometry... Fragment trasy po torach kolejki wąskotorowej był zdecydowanie najtrudniejszy - nogi mi się plątały. Ale zaraz po tym wybiegliśmy już na asfalt, długi podbieg w kierunku mety i już meta. Tak szybko? Na mecie dowiedziałam się, że jestem drugą kobietą. Jak to? Naprawdę?

ZIMB5

Wyniki biegu na 10km. Nie wiem jakim cudem znalazłam się na... pierwszej stronie:)

Wracając do miejsca noclegu zgubiłam drogę (o tym już wspomniałam), a zaraz po kąpieli... na chwilę padłam. Zdziwiona zmęczeniem, które dosłownie zwaliło mnie z nóg myślałam o tym, że chłopaki nadal biegną maraton. Trochę im zazdrościłam, ale z drugiej strony... co się ze mną stało, że jestem TAK zmęczona po niespełna 10km biegu? Zima. Przecież chyba z rok nie biagałam po śniegu! Poza tym - nie oszczędzałam się. Dobiegłam na metę na 12 miejscu w ogóle co oznacza, że przede mną na mecie pojawiło się tylko 10 facetów i 1 dziewczyna. A wcale nie biegło nas tak mało:) Nie żebym uważała, że pobiłam tu jakieś rekordy - no bez przesady. Ale mimo to jestem całkiem zadowolona. Z moją formą wcale nie jest tak źle. I, co  najwazniejsze - przynajmniej narazie noga nie boli!

ZIMB4

Ostatni długi podbieg w Cisnej...

Po 11-ej poszłam dopingować maratończyków dobiegających do mety. Zawsze wzruszają mnie ludzie którzy zmęczeni maratonem wpadają na metę. Wokół finiszu panowała przyjazna atmosfera. Było piwo grzane (z lokalnego browaru), zupa pomidorowa dla każdego, a w budynku z biurem zawodów na maratończyków czekał żurek z kiełbasą i jajkiem.  Po południu w wiacie niedaleko mety zaczeło się zakończenie imprezy z rozdawaniem nagród i losowaniem upominków, którymi były (poza dwoma zegarkami Garmin) czapki z logo maratonu. Obowiązki konferansjera wziął na siebie Mirek, znany chyba wszystkim biegaczom górskim w Polsce jako organizator kultowego Biegu Rzeźnika. Śmiechu było niemało.

ZIMB3

Jak zwykle gustowne odzienie na mecie (tym razem wyjątkowo gustowne i praktyczne)

Za moje II miejsce w Open kobiet dostałam torbę z fajnymi upominkami od jednego ze sponsorów jakim była mleczarnia w Rykach:) Kilogram sera i kolorowe ściereczki naprawdę mnie ucieszyły. Takie rzeczy tylko w Bieszczadach:) Stałam się też posiadaczką firmowej maratonowej czapki:) Z tego co usłyszałam od chłopaków, którzy biegli maraton były też niespodzianki na trasie w postaci chociażby punktu żywieniowego "nie z tej ziemii" serwującego ziemniaczki i herbatę z wiśniówką. Ech... trochę szkoda, że nie biegłam tego maratonu:) Ale to nic - i tak zachwyciła mnie atmosfera.  Dzięki organizatorom za suuuper imprezę!

Wieczór spędziliśmy z kolegą w kultowej bieszczadzkiej knajpie - Siekierezada ma niepowtarzalny klimat i serwuje niepowtarzalnego grzańca;) Jedyny problem z Bieszczadami? To jest naprawdę daleko! W nocy z niedzieli na poniedziałek spadło więcej śniegu więc wracaliśmy cały dzień...

ZIMB8 Siekierezada

Niepowtarzalny klimat Siekierezady... To tu powstawały słynne "Opowieści z Siekierezady"



Komentarze ()